Wyjechał ksiądz na misje do Zairu (dzisiaj Demokratyczna Republika Konga) w pierwszej grupie misjonarzy polskich w 1976 roku. Pracował ksiądz jako misjonarz przez 30 lat. Jaka była geneza wyjazdu polskich misjonarzy do Zairu? Jak wspomina ksiądz początki pracy misyjnej?
 
Na początku mojej misjonarskiej formacji w Seminarium Duchownym na Stradomiu, bardzo przeżywaliśmy wyjazd pierwszych polskich misjonarzy na Madagaskar. Pożegnanie wyjeżdżających misjonarzy i późniejsze listowe kontakty z nimi bardzo przyczyniły się do zrodzenia się mojego, i nie tylko mojego pragnienia pracy na misjach. Wtedy myśleliśmy o Madagaskarze, ale Pan Bóg miał inny zamiar. Byłem na trzecim roku teologii, kiedy do naszego Seminarium przyjechał misjonarz z Kongo ks. Henry de Cuijper. Przyjechał przede wszystkim by spotkać się z Księdzem Wizytatorem Tadeuszem Gocłowskim, ale nie zabrakło też spotkania z klerykami. Nie znam szczegółów rozmowy księdza Henry’ego z Wizytatorem, ale podobno na początku nie rokowało ono podjęcia się przez Polską Prowincję nowej, drugiej poza Madagaskarem misji. Jednak ks. Henry potrafił „wymusić” na Księdzu Wizytatorze zapewnienie, że rozważy tę prośbę. I kiedy na następny rok zgłosiła się spora grupa seminarzystów, prowincja zdecydowała się na rozpoczęcie nowej misji. Na początek wyjechało nas trzech. Od początku
jednak prowincja zobowiązała się do skierowania na misje w Kongo większej liczby misjonarzy.
 
Początki pracy misyjnej w Kongo to najpierw odkrywanie nowego – nieznanego świata. Wcześniej nie wyobrażałem sobie, że
ludzie mogą być tak biedni, a równocześnie tak radośni i uśmiechnięci. To również odkrywanie tamtejszego Kościoła,
posiadającego swoją własną liturgię, swój własny styl duszpasterstwa opartego w dużej mierze na zaangażowaniu ludzi
świeckich, przy równoczesnym ubóstwie struktur materialnych.
 
Kongo (Zair) posiada wiele bogactw naturalnych, dzięki którym powinno być krajem dobrze prosperującym. Niestety jest też krajem, w którym nędza większości mieszkańców jest widoczna gołym okiem . Niektórzy uważają, że pomimo niepodległości, kraj pogrąża się w coraz większej biedzie i chaosie. Czy jest to prawda i jakie są tego przyczyny? Zewnętrzne, czy raczej wewnętrzne?
Wielu specjalistów od długiego czasu zastanawia się na tym tematem, i jakoś nie mogą znaleźć adekwatnych odpowiedzi i
zaproponować odpowiednich do tej sytuacji rozwiązań. Kongo rzeczywiście posiada wiele bogactw naturalnych, jednak mieszkańcy nie potrafią z nich należycie korzystać.
  • Po pierwsze, nie opanowali oni sposobów wydobycia i obróbki bogactw mineralnych, a gdy chodzi o produkty roślinne (jak kawa, bawełna czy kakao), nie wypracowali odpowiednich sposobów uprawy, ani też ich przetworzenia, aby uprawa była rzeczywiście opłacalna.
  • Po drugie, nie potrafią należycie bronić swoich interesów wobec zagranicznych przedsiębiorstw, które dbając tylko o swoje interesy, w sposób rabunkowy eksploatują złoża mineralne i zamieniają w pustynie lasy i tereny uprawne.

Cóż znaczą prości wieśniacy, wobec potężnych koncernów międzynarodowych? Co najwyżej mogą zarobić kilka groszy, ofiarując swoją tanią siłę roboczą. A co robią władze? Władza bardzo często jest słaba i skorumpowana i nie za bardzo panuje
nad sytuacją. Czyż nie jest zastanawiające, że tam gdzie znajdują się bogate złoża mineralne, albo bogate zasoby naturalne, bardzo często wybuchają zamieszki, rewolucje i wojny? Wydaje mi się że wiele międzynarodowych koncernów nie ma większych skrupułów, aby sprowokować „zadymę”, tam gdzie można na czymś zarobić. Władze nie panują nad sytuacją albo „przymykają oczy”, oczywiście nie bezinteresownie, a koncerny prowadzą swoje interesy, praktycznie bez żadnych zobowiązań, zarówno dla kraju, jak i dla miejscowej ludności.

 

Fragment wywiadu zamieszczono w 19 numerze WM (1/2011):
http://adgentes.misjonarze.pl/wp-content/uploads/2011/01/wiadomosci-misyjne_nr-1_2011.pdf

Wywiad z ks. Januszem Zwolińskim