Moje misje: Papua Nowa Gwinea

Zanim tu przyleciałem słyszałem i mówiono mi, że Papua Nowa Gwinea to „kraj nieoczekiwanych zdarzeń i rzeczy” (The Land of Unexpected). I ledwie tu przyleciałem od razu mnie przywitano właśnie tym powiedzeniem „Welcome to Papua New Guinea – The Land of Unexpected” (Witamy w Papui Nowej Gwinei – Kraju Niespodziewanych zdarzeń i rzeczy).

Popularne jest tu też powiedzenie „spodziewaj się niespodziewanego…” (expect unexpected). Może się to kojarzyć negatywnie, że coś złego może ci się przytrafić na każdym miejscu. Brzmi to trochę jak jakaś przestroga: „Bądź ostrożny, pilnuj się na każdym kroku, bo nigdy nie wiesz co się może zdarzyć i co wylezie zza krzaka, albo co się czai za zakrętem… Na szczęście wśród tych „niespodzianek” są też pozytywne rzeczy, zza krzaka wyłazi coś dobrego, a za zakrętem wyłania się wspaniały widok zapierający dech w piersiach… I o tym będzie ta historia… Nie, nie, nie, nie o pięknych widokach (chociaż tych tu nie brakuje) i nie o tym co wylazło zza krzaka, ale o tym, że Pan Bóg potrafi pozytywnie zaskakiwać w najmniej spodziewanych momentach i wcale nie potrzeba do tego Papui Nowej Gwinei, ale zaufania i zdania się na Jego wolę. W moim przypadku zagnało mnie to aż tu, na antypody (prawie). Kto by się spodziewał, że kiedyś będę pracował w Papui Nowej Gwinei? Z pewnością nie ja…

Moje pierwsze Boże Narodzenie w Papui
Przyleciałem tu 15 listopada 2015 r., a że czas leci do przodu, Adwent się miał ku końcowi i zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Moje pierwsze Boże Narodzenie w Papui Nowej Gwinei. Miałem pomagać w pobliskiej parafii naszemu superiorowi misji, Mannemu Lapaz CM, który jest też proboszczem tejże parafii. Jedna parafia z bodajże czternastoma stacjami, do których trzeba dojechać na Mszę św. Na trzy dni przed Wigilią dostałem wiadomość od superiora, czy nie pojechałbym do innej diecezji pomóc w czasie świąt. Odpowiedziałem „nie ma problemu”. I tak dzień przed Wigilią wyruszyłem z Port Moresby (stolica PNG) do Keremy (ok. 200 km). Droga jest jak na tutejsze warunki dobra, więc po 6-7 godzinach podróży samochodem mieliśmy dotrzeć na miejsce. Wyjechaliśmy z Port Moresby dość późno, bo po 15:00 więc kalkulowałem, że będziemy na miejscu tak po 22:00. O 19:00 było już ciemno, więc już się nie gapiłem przez okno na okolicę. Zresztą i tak nie wiedziałem gdzie jesteśmy. Po 20:00 zjechaliśmy z drogi asfaltowej na jakieś wertepy. Po pięciu minutach zatrzymaliśmy się na jakiejś, jak mi się wydawało, łące i powiedzieli „księże, to tutaj”. Trochę mnie to zaskoczyło (spodziewaj się niespodziewanego), bo jakby tak nieco za szybko…

Welcome home – Witaj w domu!
Wysiadłem z samochodu. Rzeczywiście była to łąka, ale widać też było jakieś zabudowania, no i oczywiście palmy kokosowe. Podszedł do mnie jakiś człowiek i przedstawił się jako ksiądz Charles, proboszcz tamtejszej parafii i zaprosił, żebym podszedł z nim do jednego z budynków, bo tam czeka młodzież z powitaniem. Kolejna „niespodzianka” – powitanie… To mnie zupełnie zaskoczyło. Młodzież zaśpiewała coś na powitanie, potem każdy po kolei uścisnął mi dłoń, wyrażając zadowolenie, że dotarłem do ich wioski i parafii. Potem proboszcz zapytał z jakiego zgromadzenia zakonnego jestem. Powiedziałem, że ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo (po angielsku jest krócej bo wystarczy powiedzieć, że się jest Vincentian – em tasol – „i to wszystko” w języku pidgin). I tu kolejna „niespodzianka”, bo wtedy usłyszałem słowa „welcome home – witaj w domu”.

To jest parafia św. Wincentego a Paulo w Terapo, więc czuj się jak u siebie.

To mnie już totalnie zaskoczyło. Oczywiście pozytywnie. Chyba św. Wincenty maczał w tym palce… No i siłą rzeczy nie mogłem się poczuć inaczej jak w domu. Okazało się później, że zostałem tam sam, bo proboszcz ma jeszcze jedną parafię i to tam właśnie mieszka a do Terapo tylko czasem dojeżdża.

Częste mycie skraca życie!?
Okolica jak się okazało rankiem kolejnego dnia, jest piękna. Terapo leży pomiędzy dwoma rzekami Lakekhamu i Tauri, i to praktycznie u ich ujścia do Morza Koralowego. Mimo, że rzeki robią dobre wrażenie to nie skorzystałem z możliwości kąpieli. Po pierwsze woda jest brązowa, a więc zamulona, a po drugie powiedzieli, że przez suszę okoliczne bagna podeschły i krokodyle normalnie zamieszkujące te bagna przeniosły się do rzeki… Na domiar złego nie tak dawno, jak mówili, jeden z nich zabił jednego z tamtejszych mieszkańców, gdy ten poszedł się wykąpać przed spaniem (i chyba mają racę ci co mówią, że „częste mycie skraca życie”). Miejscowym jednak to nie przeszkadzało i chłodzili się, wskakując co chwila do wody. Zwłaszcza, że było upalnie (jakieś 35˚C). A więc pokusa była, ale strach podsycany wyobraźnią skutecznie powstrzymywał mnie od wchodzenia do wody…

Pasterka i rechoczące żaby w tle
Plan na wieczór wigilijny był prosty. Tony, tamtejszy katechista, mój przewodnik i opiekun powiedział, że mamy do odprawienia dwie Pasterki. Pierwsza w Terapo, czyli na głównej stacji misyjnej, a druga w Moveave wioski, do której udamy się łodzią wyposażoną, na szczęście, w silnik motorowy. Cały dzień młodzież z parafii w Terapo sprzątała i dekorowała kościół. Aż miło było widzieć jak wiele osób się w to zaangażowało. I tak pod wieczór wszystko było gotowe.
O 19:00, czyli już po zmroku, rozpoczęliśmy pierwszą Pasterkę. Kościół pełny. Dużo przyjezdnych, którzy w święta odwiedzają rodzinne strony, a na co dzień mieszkają i pracują w mieście. Msza Święta piękna, z procesjami, śpiewami (nie zabrakło kolędy „Cicha noc”, oczywiście po angielsku), i wszystkim udzielającą się radością… Potem chwila przerwy, wsiedliśmy do łódki i popłynęliśmy do Moveave na drugą Pasterkę, na 22:00. Jakieś 15 minut dość szybkiej podróży przy świetle pełni księżyca robi wrażenie… Po dotarciu na miejsce przywitały nas rechoczące w pobliskich zaroślach żaby. Po raz pierwszy w życiu słyszałem tak głośno rechoczące żaby. Powiedzieli mi, że to dlatego, że są bardzo duże. Niestety było zbyt ciemno, żeby zobaczyć choć jedną. Aczkolwiek księżyc był w pełni…

Rzeczne autostrady
W dzień Bożego Narodzenia mieliśmy do odprawienia dwie Msze Święte tyle, że w nieco bardziej oddalonych wioskach: Kukipi i Marekea. Ponad pół godziny płynęliśmy, przemierzając różne dopływy dwóch głównych rzek. Ten system rzek jest tam najlepszym sposobem podróżowania. To najszybsza droga, by dotrzeć to niektórych wiosek. Ot takie rzeczne autostrady… Bardzo ciekawe doświadczenie, no i krajobraz przepiękny. Marekea i Kukipi to już mniejsze stacje misyjne i mniejsze kaplice, ale ludzie bardzo radośni i wdzięczni Bogu, że mieli okazję uczestniczyć we Mszy Świętej w Boże Narodzenie. Wypłynęliśmy z rana, a wróciliśmy dopiero popołudniu. Trochę nam to zajęło, ale też nikt się do niczego nie spieszył. W końcu były święta i trzeba umieć się cieszyć i celebrować chwile, które są radosne i piękne.

Odwiedziny chorych
Na sobotę, która poprzedzała Niedzielę Świętej Rodziny zaplanowaliśmy z Tonym, że odwiedzimy chorych i starszych w okolicy z Komunią św. i namaszczeniem chorych. I tak od rana w sobotę odwiedzaliśmy chorych. Towarzyszyli nam James i Michael, którzy pomagali w śpiewaniu i modlili się razem z nami. Odwiedziliśmy 17 chorych i jeszcze trzy osoby zostały nam na kolejny dzień, bo mieszkają po drugiej stronie rzeki i postanowiliśmy ich odwiedzić w niedzielę, jak będziemy wracać ze Mszy Świętej w Moveave.

W tej diecezji jest tylko 6 księży
W niedzielę mieliśmy dwie Msze św. Jak w wigilię: jedna w Terapo a druga w Moveave. To był plan przedpołudniowy. Na popołudnie mieszkańcy Terapo zaplanowali moje pożegnanie, ponieważ kolejnego dnia wracałem do Port Moresby. A na pożegnaniu śpiewy, lokalne tańce, przemowy, podziękowania, no i jedzenie, rozmowy i dyskusje. To właśnie wtedy się dowiedziałem, że diecezja Kerema, w której to leży parafia Terapo, jest od 5 lat bez biskupa i pracuje w niej tylko 6 księży… A więc potrzeby są tam wielkie jeśli chodzi o nowe powołania, a także wsparcie innych misjonarzy…
Moje pierwsze papuaskie Boże Narodzenie całkiem niespodziewanie spędziłem w diecezji Kerema w parafii św. Wincentego a Paulo w Terapo wśród wspaniałych ludzi, którzy na zawsze pozostaną w mojej pamięci tej modlitewnej i tej zwykłej ludzkiej, która cieszy serce i daje tyle satysfakcji… Lubię te Boże niespodzianki…!:) I życzę wszystkim żeby takich Bożych niespodzianek mieli w życiu jak najwięcej!

Ks. Marcin Wróbel CM

Więcej w 38. numerze Wiadomości Misyjnych. Można go otrzymać w parafiach Misjonarskich i kołach misyjnych.
Można go także zamówić w Sekretariacie Misyjnym i zostanie wysłany na wskazany przez Państwa adres.
Zamówienia składać za pośrednictwem poczty elektronicznej pisząc na adres: sekretariatmisyjny@misjonarze.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *