Misja w Chinach

W sierpniu 2016 r. miała miejsce rozmowa z ks. Pawłem Wierzbickim CM. Misjonarz poruszył wiele kwestii dotyczących swojego powołania, misji, a także kultury i języka Państwa Środka. Poszczególne aspekty tamtego spotkania znajdą swoje odbicie w najbliższych numerach Wiadomości Misyjnych.

Początki powołania
Pierwsze myśli o kapłaństwie miałem w wieku 13 lat. Należałem do ruchu oazowego. U mnie od samego początku kapłaństwo kojarzyło się z byciem misjonarzem, czyli kimś, kto gdzieś wyjeżdża. Na pewno nie chciałem być takim zwyczajnym kapłanem na parafii, chciałem coś innego, jeszcze nieokreślonego. Dużo wsparcia otrzymałem od mojego kierownika duchowego. To on przedstawił mi księży misjonarzy. Mieszkałem wtedy w Białymstoku, a tam nie mamy domu (misjonarzy, przyp. red.). Są za to siostry szarytki, są też werbiści, których odwiedzałem, bo są typowo misyjni. Przed maturą przyjechałem do Krakowa, do seminarium. Dostałem książkę o św. Wincentym a Paulo i… zafascynował mnie. To chyba przeważyło. Św. Wincenty, jego duchowość, historia jego życia. Jakoś od razu poczułem w sercu, że to było to. Dlatego po maturze złożyłem papiery do seminarium na Stradomiu.

Dostałem książkę o św. Wincentym a Paulo i… zafascynował mnie.

Seminarium
Misja. Coś nieokreślonego świtało mi w głowie, że to musi być gdzieś daleko. Nie wiedziałem gdzie. Ale Pan Bóg wiedział. Jak Pan Bóg zaczyna to i dokończy, prawda? Zresztą tutaj (w seminarium, przyp. red.) odwiedzali nas różni księża misjonarze, a ja zawsze słuchałem ich opowieści, należałem też do Koła Misyjnego. Interesowałem się tym od samego początku. W międzyczasie otworzyła się droga na Wschód. Niemniej, ja czytałem dużo na temat Chin, tyle że była to perspektywa historyczna. Spotykałem księży, którzy opowiadali o Chinach: księdza Stawarskiego, księdza biskupa Małysiaka. Ich opowieści rozpalały wyobraźnię. Później miałem rozmowę z księdzem wizytatorem. Moje nazwisko jest na literę W, dlatego szedłem do niego jako jeden z ostatnich z mojego rocznika. Pod koniec rozmowy ksiądz wizytator powiedział tak: tylko mi nie mów, że chcesz na Ukrainę, albo na Białoruś, bo już przed tobą było wielu takich, co się zgłaszało! Z mojego roku byli to: ks. Błaszczyk. ks. Trzop i ks. Wartalski. Odpowiedziałem księdzu wizytatorowi, że chcę jechać na Wschód, ale nieco dalej. W tym czasie Ojciec Generał Maloney przysłał wszystkim konfratrom apel, żeby księża zgłaszali się na misje. Dostałem ten list, gdy byłem diakonem i modliłem się, wziąłem nawet ten list do kaplicy… Czytałem, rozmyślałem. Pojawiły się jakieś Wyspy Salomona, Mozambik i tam pojawiły się też Chiny. Jak to się mówi? Szukajcie, a znajdziecie!

Kraków Nowa Wieś i Irlandia
Po święceniach zostałem skierowany na dwa lata do parafii pw. Najświętszej Maryi Panny z Lourdes w Krakowie na Nowej Wsi. To doświadczenie bardzo się przydało. W Polsce jest dużo katolików. Spowiedź święta, katechezy to wszystko stanowi wielkie pole do pracy, do przygotowania. Pamiętam jak wracałem po całym dniu katechezy do domu, to byłem bardzo zmęczony. Podziwiam wszystkich naszych kapłanów pracujących w szkołach, bo to jest ciężka i niełatwa praca. Po święceniach kapłańskich, po wielu miesiącach napisałem list do Ojca Generała, w którym zgłaszałem chęć wyjazdu na misje. Otrzymałem odpowiedź, że trzeba poczekać. Później pojechałem na kurs językowy w ramach moich miesięcznych wakacji do Irlandii, a tam mówiłem im o tym, że chciałbym jechać do Chin. Powiedzieli mi, że znają księdza wizytatora na Tajwanie, że on u nich bywał i opowiadał, że poszukują młodych księży na misje, na Tajwan. Doradzili, abym napisał bezpośrednio do niego. Napisałem więc i dość szybko otrzymałem od niego odpowiedź, że bardzo się cieszy i faktycznie potrzebuje wsparcia misjonarzy u siebie.

Pierwsze spotkanie z Tajwanem
Zupełnie coś nowego. Byłem tam pierwszym polskim misjonarzem. Miałem obawy, czy się zaaklimatyzuję, zasymiluję językowo, psychicznie, zdrowotnie… Gdy przyjechałem, to miałem ogromną motywację. Wiedziałem, że mój pobyt tam jest Bożym planem dla mnie. Ta wiara mnie umacniała. Wspólnota misjonarzy była międzynarodowa. Porozumiewaliśmy się w językach angielskim i chińskim. Wizytatorem był Amerykanin, który był dla mnie dobry, jak ojciec. Stał się dla mnie nauczycielem, wszakże on sam przechodził przez to samo, co ja. Z resztą pojechał tam jako starszy kapłan i sam miał problemy z nauką języka chińskiego. Oprócz niego byli tam m.in.: Irlandczyk, Indonezyjczyk, Filipińczyk. Jako misjonarze prowadzimy na Tajwanie około 20 małych parafii po kilkuset katolików.

Zadania misjonarza na Tajwanie
Poproszono nas o odprawianie mszy świętej w języku angielskim. Na początku mojej misji na Tajwanie, pomagałem też w parafii Filipińczyków. Było dużo ludzi, szczególnie kobiet pracujących na Tajwanie jako pomoc domowa. To są bardzo pobożne osoby. Przez pierwszy rok koncentrowaliśmy się na tym, co mogliśmy zrobić w języku angielskim. Oczywiście później mówiliśmy już w języku lokalnym. Jeździłem w góry do Aborygenów. Oni nie są Chińczykami. To ludność pierwsza, która przybyła na Tajwan. Mają ciemną skórę, duże czarne oczy. Władają własnym językiem, posiadają swoje obrzędy. Pierwsi na Tajwanie przyjęli chrzest. Połowa z nich to katolicy, połowa to protestanci.

Nikogo nie zmuszało się do przyjęcia wiary, ale oni włączali się w nasze rozmowy, czytanie Pisma Świętego i dzielenie się, a nawet uczestniczyli we Mszy świętej.

Język chiński
Do tej pory uczę się tego języka. Ciągle popełniam błędy. Jak trzeba przeczytać Ewangelię, to za każdym razem muszę się dobrze przygotować. Prawie zawsze pojawia się jednak jakiś „znaczek”, którego się zapomniało. Przez dwa lata uczęszczałem na naukę kultury i języka Państwa Środka na Tajwanie. Na trzeci rok pojechałem do Pekinu. Tam ten język w pisowni jest nieco prostszy niż na Tajwanie, gdzie dominuje jego klasyczna odmiana. Stąd miałem prawie trzy lata nauki i jest to bardzo dobre przygotowanie. Płynnie poruszam się w języku kościelnym, ale w innych dziedzinach mogę nie mieć takiego zasobu słownictwa. Jeśli chodzi o wymowę głosek, to dla Polaków język chiński o odmianie pekińskiej – mandaryński – jest dość łatwy do wymowy. Nie mamy tylko takiego ij, które brzmi jak niemieckie umlauty. Natomiast w języku koreańskim, czy wietnamskim, pojawiają się wielkie trudności ze względu na nieznane w naszym języku „harczenia”.

Tajwańskie wyznania i religie
Około 60% wyznawców religii na Tajwanie stanowią buddyści. Pozostała grupa to wiara folklorystyczna, mianowicie mieszanka buddyzmu i daoizmu. Niewielka część ludności uważa się za neokonfucjonistów. Chrześcijanie to tylko kilka procent. Katolicy to jeden procent.

Trzeci rok w Azji
Chciałem zakończyć czas przygotowania i rozpocząć pracę w Chinach. Natomiast rada prowincjalna zadecydowała, żebym wrócił na Tajwan. Dlaczego? Otóż miejscowe duchowieństwo oczekiwało od nas (kapłanów zagranicznych, przyp. red.) formacji. Abyśmy głosili kazania, konferencje, rekolekcje… Wiedziałem, że takie są potrzeby, dlatego poprosiłem o możliwość dalszych studiów. Wtedy powiedziano mi, że studia jak najbardziej wchodzą w grę, tyle że nie w Chinach, a na Tajwanie, ponieważ ktoś – w domyśle „ja” – musi zająć się młodzieżą. Chodziło rzecz jasna o nowe powołania, których tam bardzo brakowało. Na szczęście nie wylądowałem na żadnej parafii, bo wtedy osiadłbym na Tajwanie, na dłuższy czas… Moje studia to religioznawstwo, które skończyłem na Uniwersytecie Katolickim w Tajpej. Wybór kierunku uzasadniała chęć poznania lokalnej kultury Tajwanu. W międzyczasie prowadziłem działalność z młodzieżą. Jak się zebrało z nich wszystkich młodzież, to razem było z 70 osób, z którymi wspólnie jeździliśmy na rekolekcje, czy obozy wędrowne. Z resztą od 2000 roku wraz z młodzieżą uczestniczyliśmy we wszystkich Światowych Dniach Młodzieży. A później poproszono mnie, abym prowadził grupę dla niepełnosprawnych. To było bardzo wincentyńskie doświadczenie… W przeciwieństwie chociażby do buddyzmu, który uważa niepełnosprawność jako efekt grzesznego, poprzedniego życia, w chrześcijaństwie osoby niepełnosprawne traktuje się bardzo pozytywnie. Co ciekawe, w naszej grupie ponad połowę członków stanowili niekatolicy. Nikogo nie zmuszało się do przyjęcia wiary, ale oni włączali się w nasze rozmowy, czytanie Pisma Świętego i dzielenie się, a nawet uczestniczyli we mszy świętej. To było dla nich budujące i dawało im taką siłę duchową. Czuli się akceptowani, tacy jacy są.

Dlaczego te siostry potrafią iść do biednych ludzi i nieść im dobro i miłość, a mniszki buddyjskie tylko medytują i modlą się?

Praca magisterska
Tematem mojej pracy magisterskiej było: Rozwój kultu Baosheng Dadi na przykładzie świątyni Dalongdong Baoan w Tajpej. Związana jest z nią bardzo ciekawa historia. Początkowo chciałem napisać o czymś innym, jednak mierzyłem za wysoko. Nie miałem tak dobrej znajomości języka klasycznego – starochińskiego. Dlatego mój promotor doradził mi, abym skupił się na jednej z trzech największych świątyń w Tajpej. Co bardzo ciekawe, czysty buddyzm nie zajmuje się ewangelizacją, czy nawracaniem, ani działalnością charytatywną. Według jego zasad człowiek musi najpierw wyswobodzić się z tego świata, przekroczyć wszystkie bariery, oczyścić się i dopiero wówczas może pomagać innym w dojściu do zbawienia. Natomiast, gdy teraz robi coś dobrego, pomaga ubogim, ale nadal jest grzesznikiem, to i tak to nie ma żadnego sensu, nie zdobywa się żadnych zasług. To jest pierwotne myślenie buddyzmu. Na Tajwanie doszło do czegoś zdumiewającego. Dokonało się to pod wpływem katolickich sióstr zakonnych. Działo się to z 40 lat temu. Żyła sobie kiedyś pewna buddyjska mniszka. Miała ona takie powołanie, że wiele godzin w ciągu dnia spędzała na medytacji. Po pierwszych wtajemniczeniach czuła się źle. Sądziła, że to wszystko nie na tym polega. Przecież na zewnątrz jest tylu ludzi nieoświeconych, którzy nie poznali prawdy… Stwierdziła, że trzeba im jakoś pomóc. Spotkała siostry pielęgniarki, które chodziły do ubogich Aborygenów, aby opatrywać im rany. Bardzo ją to poruszyło, dlaczego te siostry potrafią iść do biednych ludzi i nieść im dobro i miłość, a mniszki buddyjskie tylko medytują i modlą się? I to ona właśnie poprosiła o możliwość wyjścia, by służyć tym ubogim. Na początku był to dla jej współmniszek szok. Jednak przełożona zezwoliła jej i podobnie jak te siostry katolickie poszła do najuboższych. Zaczęła tam robić wkładki do butów za przysłowiowe 5 groszy. Sprzedawała je i tak zarabiała. Od tego rozpoczęła się ogromna fundacja, która obecnie zrzesza 3 miliony wolontariuszy, którzy całym swoim sercem są poświęceni tej działalności. Na 23 miliony mieszkańców, 3 miliony pomagają ubogim! Prowadzą nawet działalność poza Tajwanem: w Afryce, w Azji Południowo-Wschodniej. Zostało coś przełamane. Nazywam tę siostrę – Matką Teresą Tajwanu. Z reszta to, co ona rozpoczęła jest w duchu św. Wincentego a Paulo – zorganizowana działalność charytatywna.

Świątynia w Tajpej
Moja praca magisterska była opisem historycznym świątyni, w której działał wędrowny lekarz z dynastii Son. Co ciekawe, pierwotnie nie było na Tajwanie Chińczyków. Dopiero 300 lat temu rybacy z kontynentu przypłynęli na wyspę. I ci osadnicy zaczęli ze sobą przywozić swoje bóstwa. Tak jak w Europie miało to miejsce w średniowieczu, tak i tam każda gildia miała swojego patrona. Mało tego, wszystkie osady budowały świątynię dla swojego patrona. Świątynia w Tajpej uchodziła za jedną z najznakomitszych. W Nowożytności świątynia podupadała. Z czasem, pojawił się zarządca, który miał objawienie. Jego treść – otworzyć działalność świątyni dla społeczeństwa: by dzieci mogły przy niej odbywać nauczanie, by zbierać żywność dla ubogich, rozdawać ryż. Ta działalność charytatywna została bardzo rozbudowana. I mnie to szczególnie zafascynowało. Jeśli chodzi o remonty, to zarządca ten, miał specjalistów z całego świata. Przykładowo, gdy miał remontować świątynię, udał się do Honkongu, by na przykładzie tamtejszej katedry odrestaurować zabytkowy budynek.

Kościół w Chinach
Obecnie w Chinach jest 111 milionów chrześcijan, spośród których 10% to katolicy. Historia Kościoła Katolickiego w Chinach w ostatnim wieku jest poruszająca. Kiedy komuniści doszli do władzy, rozpoczął się okres prześladowania chrześcijan. Wyrzucono obcokrajowców – również misjonarzy – z całego kraju. Na Tajwanie było nieco inaczej. Schronił się tam rząd nacjonalistyczny, który przegrał z komunistami. Nie wierzyli oni, że komunizm przyjmie się w Chinach. Czekali na jego zmierzch kilkadziesiąt lat… Kapłani, którzy wyjechali z Chin rozproszyli się po świecie. Niektórzy zakotwiczyli na Tajwanie. I tam właśnie zaczęli przygotowywać się do powrotu do Chin. W Chinach zostali ci, którzy nie uciekli. Został tylko jeden biskup, ponieważ wszyscy inni wyjechali. Cała uwaga rządu chińskiego skupiła się na nim. Zaproponowali mu, aby był papieżem Chin, ale on podziękował. Powiedział, że jest bardzo zaszczycony, ale jemu się nie marzy, żeby być papieżem Chin, lecz całego świata. Potem go uwięzili. Innych księży również.
W 1957 r. utworzono Patriotyczne Stowarzyszenie Chińskich Katolików – tzw. Kościół Oficjalny. Od tej pory rozpoczął się podział w państwie na tzw. Kościół Oficjalny i Kościół Podziemny. W perspektywie ostatnich dziesięcioleci relacja Stolicy Apostolskiej do sprawy Kościoła Oficjalnego też się zmienia. Kiedy utworzono Stowarzyszenie Patriotyczne od razu zwerbowano do niego wielu biskupów. Wtedy też miały miejsce pierwsze konsekracje kapłanów i biskupów bez zgody Stolicy Apostolskiej. W tamtym czasie był to Kościół potępiony przez Stolicę Apostolską. Nie wolno było np. przyjmować sakramentów z rąk tych księży i biskupów.
Z czasem sytuacja się zmieniła. Jest to wielka zasługa św. Jana Pawła II, który rozumiał komunizm i nie chciał dopuścić do totalnego podziału Kościoła Katolickiego. Papież zaproponował kapłanom i biskupom z Kościoła Oficjalnego, że przyjmie ich na łono Kościoła Powszechnego – tym samym zaaprobuje ich wybór, o ile oni ze skruchą napiszą do niego pismo z prośbą o pojednanie. I każdego, kto taką prośbę pisał, papież przyjmował. Nie jest to rozwiązanie idealne, ale jest to podejście zdroworozsądkowe i myślące o przyszłości. Dzięki temu, obecnie, na 100 biskupów w Chinach jest jedynie kilkunastu, którzy nie są jeszcze pojednani z Watykanem.
80% Kościoła to jest jeden Kościół Katolicki, mimo tego że biskupi oficjalnie muszą być w jakiś sposób podporządkowani organizacjom rządowym. Biskup w Chinach traktowany jest jako urzędnik państwowy. Jest to przykre. Oni nie mają głosu do zabrania w sprawach publicznych, są podsłuchiwani, śledzeni, muszą uczestniczyć we wszystkich spotkaniach rządowych i komitetach. Ale z drugiej strony w dobrej wierze robią to, co mogą. W tej chwili jest tam takie myślenie: ratujmy co się da. Rząd chiński nie odda żadnej własności kościelnej, dopóki biskup nie wstąpi do Stowarzyszenia Patriotycznego.
Przez te lata misyjnej posługi nauczyłem się nie oceniać zbyt pochopnie drugiego człowieka…

Fragment artykułu z 42 (2/2017) numeru Wiadomości Misyjnych

Rozmawiał: kl. Wojciech Kaczmarek
Spisanie nagrania wywiadu: kl. Marcin Cyburt i kl. Petro Mazur
Zdjęcia: kl. Andriy Patyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *