List z Papui

„Kiriwina – Goodenough”, co to takiego? Tłumacząc dosłownie: „Kiriwina Wystarczającodobra”. Są to dwie wyspy połączone ze sobą poprzez podział administracyjny. Swoją drogą to ciekawe, że podziały łączą…

Jak się dokładniej przyjrzeć to oprócz geograficznej bliskości to mało łączy te wyspy. Bo choć należą do Papui Nowej Gwinei i są jednym dystryktem to jednak wyglądają inaczej. Kiriwina jest całkowicie płaską, koralową i gęsto zamieszkałą wyspą, podczas gdy Goodenough jest zamieszkała tylko wzdłuż linii brzegowej. Reszta powierzchni to góry, praktycznie niezamieszkałe głównie z powodu zimna, jak mówią jej mieszkańcy. Choć dla nas pewno było by to pojęcie dość względne. Bo to ich zimno oznacza temperaturę nieco poniżej 20°C. Jak się też okazuje mieszkańcy obu wysp mówią zupełnie innym językiem, mają inne tradycje i kulturę. Ale dla naszego europejskiego oka i to na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie. Nigdy nie byłem na Goodenough, ale za to na Kirwinie spędziłem ponad trzy miesiące.

Łodzią towarową do parafian
Jak to się stało, że wylądowałem na tej wyspie? Właściwie to nie wylądowałem, choć jest tam lotnisko i regularnie, trzy razy w tygodniu latają tam papuaskie linie lotnicze PNG Air, to jednak mnie udało się tam dopłynąć na łodzi towarowej. Ale zanim wsiedliśmy do łodzi, prawie tydzień czekaliśmy na nią w głównym mieście prowincji Milne Bay, czyli Alotau, które równocześnie jest głównym miastem diecezji Alotau-Sideia. Diecezji, której większość powierzchni to woda i kilkanaście parafii rozsianych po okolicznych wyspach z których najdalsza to Rosel, na którą płynie się prawie pięć dni.

Konfratrzy
Oczywiście kilkanaście parafii nie znaczy, że tak mało tu katolików, bo w sumie te kilkanaście parafii to ponad sto kaplic i wspólnot, do których docierają księża z różnych zgromadzeń pracujących w tej diecezji. Jednym z tych zgromadzeń jest nasze, czyli Zgromadzenie Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo, które tutaj jest znane jako po prostu Vincentians. W diecezji Alotau-Sideia pracuje można powiedzieć czterech konfratrów. Ks. Neil Lams z Australii
pracuje w kurii i jest odpowiedzialny za finanse diecezji, a także jest kapelanem katolickiej szkoły na terenie
centrum duszpasterskiego diecezji. Dwóch naszych współbraci, ks. Homero Marin z Kolumbii i ks. Marceliano Oabel z Filipin, pracuje właśnie na Kiriwinie, która jest największą wyspą wchodzącą w skład tzw. Wysp Trobrianda (jej powierzchnia to jakieś 290 km2) i to właśnie ks. Marceliano po trzech latach pracy wyjeżdżał na urlop, a ja miałem go tam zastąpić. No a gdzie jest czwarty konfrater? Czwartym jest biskup diecezji – ks. bp Rolando Santos. Misjonarz na zmywaku Czekając na jakąś „łajbę”, która by płynęła na Kiriwinę mieliśmy czas, by zrobić zakupy, popakować je w paczki i przygotować do załadunku. Nie za bardzo wiedziałem co ze sobą zabrać, ale na szczęście nie podróżowałem sam, gdyż byli ze mną współbracia: Homero, którego już znacie, a który na Kiriwinie jest już trzy lata i Joel Bernardo z Filipin, który pracuje w Papui Nowej
Gwinei w Instytucie Melanezyjskim jako antropolog. Na Kiriwinę został wysłany, żeby nieco więcej dowiedzieć się o tamtejszym rozumieniu małżeństwa i rodziny, czyli przeprowadzić badania antropologiczne, które w przyszłości pomogą misjonarzom lepiej zrozumieć tamtejsze zwyczaje i tradycje, i dostosować do tego program duszpasterski. Tak nawiasem mówiąc Joel to bardzo ciekawa postać. Robiąc doktorat z antropologii w Londynie już jako ksiądz zarabiał na studia na zmywaku. Brzmi znajomo pewno dla wielu rodaków…

Papuaski Malinowski
Jak już jesteśmy przy antropologii to warto chyba w tym miejscu wspomnieć, że właśnie na Kiriwinie w czasie pierwszej wojny światowej „utknął” nasz rodak Bronisław Malinowski, a opisując życie i zwyczaje tamtejszych ludzi zyskał światową sławę jako antropolog. Do dziś zresztą jest tam tabliczka upamiętniająca naszego rodaka i każdy mieszkaniec wie, kto to taki ten Malinowski. Dzięki niemu też, Kiriwina stała się rozpoznawalna w świecie. No, przynajmniej
tym naukowym, antropologicznym. Do dziś zresztą jest atrakcyjna dla wszelkiego rodzaju badaczy kultur, tradycji i obyczajów ludzkich. Dlatego też Kiriwińczycy są przekonani o swojej wyjątkowości, co czasem pomaga w pracy duszpasterskiej, a czasem ją skutecznie komplikuje.

Papuaski standard spedycyjny
Wracamy do Alotau i naszego oczekiwania na transport. Od poniedziałku codziennie odwiedzaliśmy miejscowy port pytając czy jakieś łodzie płyną na Kiriwinę. I choć rano odpowiedź była pozytywna to jednak popołudniu okazywało się, że zmieniły się plany. Ot, taki papuaski standard… Nigdy nie wiesz do końca co i jak będzie, więc zanim wsiądziesz na łódź trzeba się co najmniej trzy razy upewnić, że na pewno dziś wypływają i że na pewno na Kiriwinę, a nie na jakąś inną wyspę.

„Dinana”
Dopiero w piątek znalazła się łódź, która za dwie godziny miała wypływać na Kiriwinę. Szybka akcja i nasze rzeczy znalazły się na nabrzeżu i znikły pod pokładem zabezpieczone, żeby przetrwać „trudy podróży”. „Dinana” bo tak nazywała się nasza łódź była łodzią towarową, ale mogła też przewozić kilku pasażerów. Zresztą niemal wszystkie łodzie dostępne w porcie w Alotau to łodzie towarowe z możliwością zabrania pasażerów. Rzecz jasna, zazwyczaj pasażerów jest więcej niż jest to dozwolone, ale władze portu jakoś na to nie reagują, oczywiście jeśli kapitan łodzi jest wystarczająco szczodry i nie poskąpi podzielić się zarobkiem z nadzorcą portowym.

Półciężarówka
Podróż miała trwać 24 godziny, no bo „to jest może mała łódź, ale za to szybka…”. Cóż może i jest szybka, ale nie kiedy jest przeładowana… I tak nasza podróż trwała 28 godzin. Do Losui, czyli głównego, powiedzmy miasta, dotarliśmy około 22:00 w sobotę. Tam czekała na nas półciężarówka, która miała zawieźć nas do naszych parafii. Homero i Joel pojechali do Wapipi, a mnie po drodze zostawili w Gusawecie. To właśnie tu, w parafii pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy spędziłem trzy miesiące na zastępstwie.

Kolacja u sióstr
W Gusawecie oprócz księdza proboszcza rezydującego na plebanii są jeszcze trzy siostry Reparacjonistki z Myanmaru (dawniej Birma), które mają swój dom po sąsiedzku i które czekały na mnie z kolacją w dzień a właściwie już w nocy mojego przybycia. Na kolację miejscowy specjał, czyli ryba.

Cudowny widok
Poranek – cudowny. Dopiero teraz byłem w stanie zobaczyć oblicze Kiriwiny. Oblicze bardzo piękne, zielone, z mnóstwem palm kokosowych, które górują nad innymi drzewami. Gdy tylko wyszedłem za drzwi już czekał tam na mnie Jesse, nasz katecheta, który stał się moim przewodnikiem.

Oryginalne flakony
Msza była o 8:30, ale już od samego świtu czyli od 6:00 dzieciaki i nasze parafianki stroiły kościół kwiatami, które zbierały z rosnących wokoło drzew. Muszę przyznać, że wystrój kościoła bardzo mi się podobał. Urzekał prostotą i pięknem. Rzecz jasna zbyt długo to nie trwa, bo kwiatuszki ładne, ale szybko więdną i usychają…No chyba, że się je
włoży do flakonu to wtedy nieco dłużej oczy pocieszą. Jako flakonów w wielu miejscach Papui Nowej Gwinei używa się znalezionych łusek po pociskach artyleryjskich. I tak, coś co niosło śmierć dla tak wielu, teraz służy w kościele do dekoracji. I służy dobrze, bo ciężkie, stabilne i zimne co pomaga w tutejszym klimacie kwiatkom, by szybko nie zwiędły.

Ciąg dalszy w następnym numerze Wiadomości Misyjnych!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *