O swoim powołaniu, przezwyciężaniu kolejnych trudności, o rodzinie, o sytuacji Kościoła na Węgrzech opowiada ks. Michał Lipiński CM.

Kl. Łukasz Szcządała: Niemalże całe swoje kapłaństwo spędził Ksiądz na Węgrzech. Jak to było z Księdza wyjazdem na Węgry?

ks. Michał Lipiński CM: Na Węgry chciałem wyjechać już w czasie praktyki diakońskiej.  Przed święceniami komunikowałem to ówczesnemu wizytatorowi ks. Bronisławowi Sieńczakowi, ale gdy wróciłem to powiedział mi, że na razie brakuje księdza do katechezy i może na przyszły rok uda się z tym wyjazdem. Tak też trafiłem na rok do pracy w bazylice w Bydgoszczy. Przy kolejnej rozmowie ks. Wizytator się mnie zapytał: „Co to za głupi pomysł z tymi Węgrami?”. Byłem wtedy zmęczony i odpowiedziałem: „Jeżeli Ksiądz Wizytator uważa, że jest to głupota to proszę mi to uzasadnić”. Odpowiedział, że to tylko prowokacja i po kilku miesiącach dostałem dekret, że od 1 lipca przechodzę do Prowincji Węgierskiej Zgromadzenia.

Ale dlaczego akurat Węgry? Miał Ksiądz wcześniej jakiś związek z tym państwem?

Wcześniej tylko dwa razy tam byłem na Węgrzech. Pierwszy raz, gdy pojechaliśmy tam po święceniach i potem, gdy już pracowałem w Bydgoszczy pojechałem tam jeszcze odwiedzić mojego kolegę kursowego ks. Marka Wojtonisa, który przebywa tam do dziś.

Czyli niewiele brakowało i już od samego początku byłoby dwóch kursowych rzuconych na głębokie „węgierskie wody”, bo początki bez znajomości języka musiały być trudne.

Tak, a na początku nie dość, że nie znaliśmy języka to na dodatek w domu, w którym pracowaliśmy z ks. Markiem było dwóch ponad 80-cioletnich konfratrów, z których jeden znalazł się w szpitalu, więc musieliśmy przejąć jego obowiązki. Pierwsze Msze św. odprawialiśmy jeszcze w języku łacińskim. Na początku ciężko było nam odnaleźć się w tej wspólnocie. Różnica wieku stanowiła dość duży problem.

Ile czasu zajęło Księdzu przyswojenie języka?

Oficjalnie na kurs chodziłem trzy tygodnie. Wtedy było dużo trudniej znaleźć jakiś kurs dla obcokrajowców. Jedna szkoła ogłosiła nabór i znalazły się tylko dwie chętne osoby – ja i jeszcze jakiś pan, którego jedyną motywacją było zrobienie przyjemności swoim krewnym i nauczenie się kilku słówek po węgiersku. Po tych trzech tygodniach rozwiązano grupę, a ja zacząłem chodzić wszędzie ze słownikiem w kieszeni. Później jeszcze pomagała mi trochę nauczycielka węgierskiego ze szkoły średniej w Szob, przy której znajdował się internat, w którym pracowałem jako wychowawca.

Pamięta Ksiądz swoją pierwszą Mszę Świętą odprawioną w języku węgierskim?

Tak, było to w Budapeszcie i na dodatek w niedzielę. Co prawda Ewangelii jeszcze nie odczytałem, ale Mszę św. odprawiłem. Podobno przypominało to nawet węgierski.

Jakie pełnił Ksiądz obowiązki w kolejnych latach?

Przez trzy lata pełniłem funkcję dyrektora Seminarium Internum oraz Wyższego Seminarium, a później 12 lat byłem w Piliscsabie – 3 lata byłem proboszczem i 9 lat dyrektorem akademika prowadzonego przez misjonarzy. Przez ostatnie 11 lat również pełniłem funkcję Krajowego Moderatora Rodziny Wincentyńskiej.

Z jakimi trudnościami w prowadzeniu duszpasterstwa się Ksiądz spotykał?

Przede wszystkim problemem był brak powołań, co też zmniejszało nasze możliwości. Jest wiele takich miejscowości, w których poza odprawianiem Mszy św.w niedzielę lub Mszy niedzielnej w sobotę (zdarza się, że nie w każdą, np. raz jest Msza św., a raz sama liturgia słowa) oraz poza sakramentami i pogrzebami, księżom nie wystarcza czasu i możliwości, żeby zrobić coś więcej.

Czyli jest potrzeba wysyłania kolejnych misjonarzy?

Pewnie tak, choć obecnie miejscowi bardzo chętnie przyjmują księży werbistów czy salezjanów z Afryki bądź z Azji. Może to dlatego, że lud węgierski przybył do Europy właśnie ze wschodu.

A co było dla Księdza najtrudniejsze przez te wszystkie lata pracy na Węgrzech? Nauka języka czy może oswojenie się z węgierską kulturą?

Język nawet nie, po jakichś pięciu latach już nie sprawiał mi problemów. Jednak ludzie tam mają inną mentalność. Czasami wręcz dziwiło mnie ich rozumowanie.

Jak wygląda sytuacja rodziny na Węgrzech?

Obecnie jest tam bardzo duży kryzys rodziny. Był taki rok w szkole, gdzie na 26 osób, żadna z nich nie miała normalnej rodziny z obojgiem rodziców. Jest też bardzo dużo rozwodów, a do tego ciągle jeszcze ujemny przyrost naturalny, choć w ostatnich latach trochę się to poprawiło.

Jeżeli dziecko nie ma możliwości wychowywania się w rodzinie z obojgiem rodziców, którzy zadbaliby o jego rozwój chrześcijański, to przekłada się to na całe jego dalsze życie.

Często w rodzinach, które na pierwszy rzut oka wydaje się, że funkcjonują w miarę poprawnie, okazuje się, że są różne problemy, np. rodzice nie mogą przystępować do sakramentów. Później też w przypadku ich dzieci nierzadko zaczynają się pojawiać dokładnie te same problemy. Przez długi czas na Węgrzech było tak, że to dziadkowie, a nie rodzice byli tymi, którzy przyprowadzali dzieci do Kościoła. Ze względu na ustrój komunistyczny rodzice często bali się ochrzcić swoje dzieci. Troszczyli się o to bardziej dziadkowie, a teraz dziadkami zostają właśnie ludzie z tego pokolenia, które było wychowane bez wiary. Widać to też w Domach Pomocy. Przykładowo dawniej ludzie częściej wyrażali chęć przystąpienia do spowiedzi, teraz zdarza się to coraz rzadziej. Był taki przypadek, gdzie ks. Marek pytał się kilka razy jednej Pani w DPS-ie, czy nie chce przystąpić do Sakramentu Pokuty. Za każdym razem było: „Nie, dziękuję”. I w końcu syn tej Pani powiedział: „Dopóki mama nie powie, że chce się spowiadać, to proszę mamy nie prześladować!”.

Jakie mogą być przyczyny takiego stanu? Historia? Czasy komunizmu?

Historia to może być takie wygodne wytłumaczenie. Trzeba wziąć pod uwagę, że minęło 30 lat od upadku komunizmu. Tam też była inna sytuacja, gdy nastał komunizm. W Polsce struktura wyznaniowa jest bardzo jednolita, katolicy stanowią ok. 95% i uderzyć w taką potęgę było ciężko. Na Węgrzech oprócz katolików, stanowiących ok. 55%, liczną grupę stanowią protestanci: kalwiniści i luteranie – po ok. 20%. Tutaj łatwiej było uderzyć w Kościół, bo w ramach samego chrześcijaństwa nie było jedności.

To też może tłumaczyć obecny kryzys rodziny?

Po części tak. Jest bardzo dużo małżeństw mieszanych i jest to na pewno spora trudność. Czasami jest tak, że mąż chodzi do swojego Kościoła, żona do swojego, a dzieci: synowie – mają wyznanie najczęściej po ojcu, a córki – po matce. Czasami jednak uczęszczają wspólnie na nabożeństwa, zarówno do jednego jak i do drugiego kościoła, co też pokazuje pewną obojętność i brak stałości.

Myślę, że taki brak wspólnego fundamentu jakim jest wiara powoduje, że łatwiej jest później o rozpad małżeństwa.

Tym bardziej, że dla katolików małżeństwo jest sakramentem, a dla luteranów i kalwinistów – nie. Dopuszczalny jest tam po prostu w ramach Kościoła rozwód.

To też pewnie przekłada się na brak powołań…

Tak, obecnie na Węgrzech jest 12 diecezji rzymskokatolickich oraz 3 diecezje greckokatolickie i zdarza się, że w seminariach są roczniki, w których nie ma święceń. Dla Węgrów też bardzo bolesne jest to, że Ojcowie Paulini – jedyny męski zakon, który powstał na Węgrzech – są tutaj w najgorszej sytuacji, jeżeli chodzi o całą Europę.

A jak obecnie wygląda sytuacja Węgierskiej Prowincji Zgromadzenia Misji?

W całej Prowincji jest obecnie siedmiu konfratrów: jeden z nich to 96-letni staruszek, po jednym ze Słowacji i z Polski, i zostaje nam czterech konfratrów węgierskich, choć pochodzących z Siedmiogrodu, a więc też nie z samych Węgier. Wszystko zatem wskazuje na to, że w najbliższym czasie Prowincja Węgierska zostanie albo rozwiązana albo przyłączona do innej.

Ale pomimo zmiany miejsca pracy jestem przekonany, że losy Kościoła na Węgrzech pozostaną Księdzu bardzo bliskie.

Przez tyle lat rzeczywiście można się związać, nawet ostatnio ktoś mówił, że teraz będę musiał założyć duszpasterstwo Węgrów w Krakowie. Jakiś czas temu, gdy w ramach zastępstwa posługiwałem w szpitalu, spotkałem pewnego Pana, który żył w związku niesakramentalnym. Najpierw niezbyt chętnie rozmawiał, ale potem opowiedział mi swoją historię i był nawet pogodny. Mówił, że przez ponad 30 lat mieszkał w Paryżu i spotkał tam węgierskiego misjonarza, który był tam przez jakiś czas duszpasterzem Węgrów, także jeszcze gdzieś nawet zagranicą można spotkać węgierskich kapłanów.

Przez ostatnie lata pełnił Ksiądz funkcję Dyrektora Akademika św. Wincentego a Paulo. W Krakowie będzie ksiądz kontynuował pracę z młodymi, choć w nieco innym zakresie.

Tak, na Węgrzech zajmowałem się administracyjnymi rzeczami, ale przy załatwianiu różnych służbowych spraw ze studentami była okazja żeby zejść na inne tematy. Zawsze mi się to kojarzyło ze słowami, które powtarzał jeden z proboszczów z sąsiedztwa. Twierdził, że „nawet jeżeli się siedzi w kancelarii i ten podatek kościelny zbiera, to też jest to działalność duszpasterska, bo można z tymi ludźmi się spotkać”. A często jest tak, że gdyby nie tam, to nie byłoby innej okazji. Ważne jest też to, w jaki sposób załatwia się te urzędowe sprawy, bo można tym kogoś do siebie i do Kościoła zniechęcić albo przeciwnie, dać powód, żeby ktoś zaczął się interesować. Tym moim doświadczeniem pracy z młodymi, uzasadniał też swoją decyzję Ksiądz Wizytator, który mianował mnie na funkcję Dyrektora Seminarium Internum w Polsce.

Jakieś słowo na koniec dla czytelników Wiadomości Misyjnych?

Bardzo proszę wszystkich, którzy czytają ten tekst o modlitwę za rodziny i o nowe powołania na Węgrzech.

A tylko to pierwsze może dać drugie, inaczej trudno…

Często się mówi, że pierwsze seminarium to jest właśnie rodzina. Trudno budować ściany, gdy brakuje fundamentów.

Serdecznie dziękuję za rozmowę!

Artykuł pochodzi z 47 (2/2018) numeru „Wiadomości Misyjnych”

Misyjna gawęda