Benin leży między Nigerią a Togo. To jest takie państewko w Afryce, które naprawdę jest fajne, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i pracę. Dlaczego? Przede wszystkim tam nie ma głodu, nie ma głodnych ludzi, oni mają co jeść, a to nam ułatwia pracę.

Dzięki temu, gdy chcemy coś zrobić to nie skupiamy się na tym, żeby ich najpierw nakarmić, tylko to robimy. Wiadomo, że gdy pracuje się w państwie, gdzie jest głód, trzeba najpierw zaspokoić tę pierwszą potrzebę. Wybrzeże (choćby to przy największym mieście – Cotonou) jest bajeczne. Widok jak z pocztówki, ale kraj jest w ogóle turystycznie nieprzygotowany.

Część młodzieży wie już gdzie leży Polska

Młodzież

Nasza diecezja podzielona jest na 13 parafii i w każdej z nich pracuje z reguły dwóch księży. Każdy z nas jest za coś odpowiedzialny. Ja akurat zajmuję się służbą liturgiczną i mam ogromną radość z tej pracy! I teraz fenomen! Dobrze wiecie jaki w Polsce jest problem żeby zebrać młodzież. Chodzisz, prosisz, namawiasz, a odzew często bywa znikomy. Czasami bardzo trudno jest namówić chłopców żeby im się w ogóle chciało przychodzić. Tutaj (w Beninie) jest inaczej. Mówię: „słuchajcie, robimy zbiórkę” i nawet w małej wiosce przychodzi z chęcią piętnastu chłopaków. Chcę zrobić spotkanie dla młodzieży – na pierwsze przyjdzie 300 osób. Mówię: „spotkanie dla młodzieży” i jest! A zorganizuj takie spotkanie tu, w Polsce. Sami robicie „Vincentianę” to wiecie ile jest z tym pracy. I to też daje taką satysfakcję, od razu widać owoce. Jak byłem przez jakiś czas we Francji to tam było pytanie: „Jak w ogóle ugryźć to duszpasterstwo? Jak coś tam zrobić?”.

Życie w Beninie

Oni są niemal zawsze uśmiechnięci i zadowoleni z życia. Kiedyś zapytałem takiego jednego młodego chłopaka: z czego ty się cieszysz? A on mi na to: najadłem się, jest szkoła, jestem zdrowy i tyle. Jak mógłbym się nie cieszyć?

Pracujemy wśród ludu, który się nazywa Bariba. Oni mają króla, a również każda wioska ma swojego króla. Dla państwa on jest mało ważny, ale dla ludzi on jest bardzo ważny. Słyszałem kiedyś o takiej sytuacji, w której to szczególnie się ukazało. Generalnie żyjemy z muzułmanami w zgodzie. Ale przybył do nas kiedyś imam, który zaczął nawoływać otwarcie: „Nie chodźcie do kościoła, bo to jest ściema itp.”. Nasi chrześcijanie poszli do króla na skargę, a ten powiedział imamowi: „Chłopie, u nas tak nie ma (a król był muzułmaninem!), my żyjemy w pokoju! Wracaj do siebie!”. I ten imam musiał opuścić wioskę.

Raz w tygodniu – w poniedziałki – w Biro jest dzień targowy. Wtedy ludzie handlują i kupują. Ale przede wszystkim spędzają ze sobą czas. To jest dla nich najważniejszy dzień w tygodniu. Kiedy proponujemy im pracę przy budowie kościoła, to w każdy dzień tygodnia przyjdą, nawet w niedzielę, ale nikt nie przyjdzie w poniedziałek. Wtedy jest dzień targowy, więc idą na targ, kupią cebulę, wypiją piwo, pooglądają sobie różne rzeczy, porozmawiają…

Poniedziałek – dzień handlowy

Misja w Biro

Przy naszej misji w Biro znajduje się minaret. Ja mam bliżej do meczetu (ok. 200 m), niż do kościoła (ok. 300 m). Codziennie rano około piątej słyszę modlitwy z minaretu. Od czasu do czasu słyszymy nawet kazania głoszone po arabsku, ale raczej prawie nikt ich nie rozumie…

W Biro w kościele jest 400 osób. Parafia liczy z 2 tys. wiernych i cały czas przychodzą nowi ludzie, natomiast są też malutkie wioski, gdzie też się jeździ. Czasem na ołtarzu jest świeczka włożona w puszkę po koncentracie pomidorowym, żeby się trzymała. Na początku mnie to raziło, ale po dwóch tygodniach przestaje to przeszkadzać i cieszysz się, że jest świeczka. Kaplice są często za małe, żeby pomieścić wszystkich ludzi. W każdej z szesnastu wiosek, znajduje się kaplica. Mimo to ludzie już nie mieszczą się w wybudowanych kaplicach, stąd potrzeba zbudować nowe. Często msza święta sprawowana jest na zewnątrz kaplic, tak by każdy miał jak najlepszy przystęp do ołtarza.

Jest w Benińczykach pewna cecha, która bardzo mi się podoba. Dla nas – Europejczyków, często wiara jest pewnym dodatkiem. „Ja mam rodzinę, pracę, jakieś hobby i gdzieś tam jest nasza wiara…”. Natomiast tam nie! To, że jesteś chrześcijaninem, że wierzysz w Boga, to konstytuuje całe twoje życie, to jest najważniejsza rzecz. Jak jesteś muzułmaninem czy wyznawcą religii tradycyjnej, jest podobnie. Oni wierzą, że Bóg jest i muszą to uzewnętrzniać, poprzez wszystko, co robią. Ciekawe jest, że w ich językach nie występuje liczba mnoga od słowa Bóg. Bóg jest jeden. Nawet jak ktoś przechodzi do nas, a wyznawał religie plemienne to nie ma tak, że wszystko się odwraca. Zawsze mi się to kojarzy z tym jak Paweł szedł po Atenach i spotkał pomnik poświęcony nieznanemu bogu i mówi, że ja wam głoszę to, co wy czcicie, nie znając. I widzę, że ludzie przychodzą, bo naprawdę szukają Boga. To widać jak się popatrzy na nich, gdy oni się modlą.

Pielgrzymka

Benińczycy nienawidzą chodzić. Wszędzie wolą jeździć, np. ktoś ma pole 500 m od domu i on tam nie będzie szedł na piechotę. Weźmie motor i pojedzie. Ja generalnie bardzo lubię chodzić. Chodziłem do Częstochowy, chodziliśmy do Santiago de Compostella i chodziłem do Rzymu z przyjacielem, ks. Adamem Sejbukiem CM. I w Beninie miała miejsce taka sytuacja: zorganizowaliśmy Pierwszą Pieszą Pielgrzymkę z całej parafii – 27 km w jedną stronę. Bałem się, że będę szedł sam, bo jak ogłaszałem to na wioskach i ludzie słyszeli, że mamy iść pieszo, to wszyscy zaczynali się śmiać. Przyszło jednak 100 osób, a pielgrzymka była bardzo ciekawa, bo była to pora deszczowa.

Ludzie w Beninie są wielkimi czcicielami Jezusa Miłosiernego. Bardzo im się to podoba. Mamy w jednej z naszych kaplic obraz. Dlatego też nasz biskup kocha tutaj przyjeżdżać – on też jest wielbicielem Bożego miłosierdzia.

Piesza pielgrzymka dla całej parafii

Powołania

Do naszej diecezji jeszcze 6 lat temu inkardynowany był tylko jeden kapłan. Tutaj nie ma czegoś takiego, że z biegu idziesz do seminarium. Przez dwa lata musisz być w tzw. „grupie powołaniowej” przy parafii, dopiero potem jak uznają, że rzeczywiście się nadajesz, możesz się zgłosić do seminarium. Zresztą to samo dotyczy dziewczyn, które chcą zostać siostrami.

Sakramenty

Na północy Beninu – gdzie pracuję – bardzo rzadko się jeszcze zdarza, że dwoje ochrzczonych ludzi zawiera sakrament małżeństwa. Raczej są takie sytuacje, że dwoje nieochrzczonych ludzi, którzy żyją ze sobą, mają dzieci, przygotowuje się do chrztu – trwa to jakieś trzy lata. Potem przychodzi ksiądz i przez rozmowę sprawdza, czy tego człowieka rzeczywiście można ochrzcić. Są różne sytuacje. Jeśli jest jeden mężczyzna i jedna kobieta, to można ich ochrzcić z całą rodziną (jeśli dzieci są małe) i pobłogosławić ich ślub. Dużo jest jednak takich sytuacji, gdzie mężczyzna ma kilka (trzy, cztery) żony i z każdą ma dzieci. I widzę, że on jest świetnym człowiekiem, mógłby być ochrzczony, ale jest też przeszkoda. Warunkiem byłoby, że miałby tylko jedną żonę, ale czy w takim razie pozostałe powinien zostawić? To są trudne sytuacje… Wierzę, że Pan Bóg sobie z tym poradzi.

Aby uzyskać chrzest, należy przejść przez trzy lata katechezy, którą prowadzą zwykle katechiści. To właśnie oni, zgłaszają kandydatów do chrztu kapłanom. Ci z kolei decydują, czy dany kandydat kwalifikuje się do przyjęcia chrztu. Jeśli tak (nie posiada, chociażby wielu żon – co tam jest dość powszechne), to wspólnie ustalają datę tego święta. Sakrament chrztu świętego ma taki przebieg: najpierw modlimy się w kościele, po nabożeństwie, zasiadamy razem do posiłku, następnie mają miejsce tańce, zabawy. Chrzest to dla nich wielkie święto.

Biskup

Słuchajcie! Biskupa mamy super! Czekać na wizytę nie trzeba. Jest na WhatsApp’ie (aplikacja do komunikacji), więc jak coś potrzeba to piszę. On jest rodowitym Benińczykiem, ale z innego ludu niż Bariba. Przynależność plemienna jest dla Benińczyków bardzo ważna, więc jego początki jako ordynariusza diecezji nie były łatwe. Dlatego, gdy został biskupem w 2000 roku, to król, dowiedziawszy się, że ma tutaj przyjechać ktoś, kto ma jakąś władzę sprawować, wydał na niego wyrok śmierci i przez pierwszych kilka lat biskup musiał tak funkcjonować, że w dzień pracował pod eskortą żandarmerii, a na noc jechał 45 km na odpoczynek do większego miasta. Nie wiem dokładnie co się stało, ale pewnego razu biskup pojechał do króla, porozmawiał z nim i król zdjął wyrok śmierci.

Funkcje

W Beninie jest tak, że każdy ma swoją funkcję i tylko on może ją wykonywać, np. w każdej wiosce jest człowiek odpowiedzialny za kopanie grobów i nikt inny nie może wykopać grobu, tylko on. Wodę może nosić tylko kobieta. Słyszałem, że bywały śmieszne sytuacje, np. gdy mężczyźnie, który nam gotował brakowało wody, on dzwonił po swoją żonę, kobieta przychodziła z wioski i szła 50 metrów do kranu żeby przynieść tę wodę, bo on tej wody nie mógł sobie przynieść. Podobnie jest z jedzeniem – nie wolno jeść lewą ręką. Jak jesteś biały i sięgniesz po jedzenie lewą, to oni ci nic nie powiedzą, ale popatrzą się na ciebie „z byka” i kobieta potrafi wyrzucić cały garnek jedzenia, bo ktoś sięgnął lewą ręką.

Chciałem ich kiedyś nauczyć trochę grać na instrumentach, ale oni w ogóle nie mają do tego drygu. Co innego bębny – poczucie rytmu mają we krwi.

Zwierzęta na wolności

Na wolności można zobaczyć: słonie, lwy, hipopotamy, guźce. Żeby to zrobić, trzeba jechać na północ kraju, gdzie znajduje się nieogrodzony teren parku narodowego. Tam ludzie nie mieszkają, ale żyją tam afrykańskie zwierzęta. Jest bezpiecznie, dzikie zwierzęta generalnie boją się ludzi.


ks. Jakub Hiler CM
Święcenia kapłańskie przyjął w 2013 r. Do misji przygotowywał się na studiach we Francji. Od 2016 r. posługuje na misji w Beninie.

Życie w Beninie