„Trzeba mieć pragnienia! Trzeba być przekonanym, że Bóg je spełni! Trzeba marzyć”!

Te słowa najmocniej wbiły mi się w pamięć po spotkaniu z s. Sabiną Konopką SM – szarytką, która niedawno wróciła z misji na Magadanie w Rosji. Oczywiście nie chodzi tylko o słowa, bo pasja i wielka radość, z jakimi s. Sabina opowiada o tym, czego doświadczyła, genialnie współgrają z tym co mówiła.

Muszę się przyznać, że dla mnie nie był to tylko wywiad. Ta rozmowa sprawiła, że również we mnie odżyły pragnienia i marzenia, które zdążyłem w codziennej rutynie skutecznie zakopać. Teraz, kiedy piszę to wprowadzenie żałuję, że nie nagrałem z siostrą filmu. Pewnie lepiej by oddał to, co chcę tutaj przekazać niż czarno-biały tekst. Ale… jeśli ktoś poczuje, że chciałby z misjonarką porozmawiać osobiście – znajdziecie ją w Krakowie przy ul. Warszawskiej, chyba że zanim zdążycie to zrobić, ona będzie już na kolejnej MISJI. W końcu – jak każdą szarytkę – „miłość Chrystusa przynagla ją” (to zawołanie Sióstr Miłosierdzia).

Wróćmy do Magadanu. Zanim oddam głos s. Sabinie, warto podać kilka informacji dla zorientowania się, gdzie działo się to, o czym siostra będzie opowiadała.

Magadan to miasto portowe położone na wschodzie Rosji nad Morzem Ochockim (blisko Kamczatki). Różnica czasowa wynosi 10 godzin. Mieszka tam niecałe 100 tys. ludzi. Misję katolicką rozpoczęły tam w XX w. siostry ze Stanów Zjednoczonych. Z powodów różnych trudności poproszono szarytki, aby objęły tę misję swoją opieką. Jedną z kolejnych sióstr była właśnie Siostra Sabina.

Kościół parafialny w Magadanie

kl. Michał Adamczyk: Proszę mi powiedzieć, co Siostra robiła przed posłaniem do Magadanu?

s. Sabina Konopka SM: Może od początku: 2 lata postulatu, 2 lata nowicjatu, czyli seminarium i później pierwsza placówka była w Moszczanach. Bardzo ciekawe doświadczenie. Był tam zakład dla kobiet psychicznie chorych – 194 psychicznie chore kobiety. Ja nie pracowałam na oddziale tylko w kuchni. W międzyczasie robiłam szkołę pielęgniarską. Później przeniesiono mnie do Przeworska. Tam pracowałam jako magazynierka i kontynuowałam pielęgniarstwo. Po półtora roku dostałam już pierwszą zmianę do szpitala – to była Dąbrowa Tarnowska. Pracowałam tam 4 lata. Po Dąbrowie wylądowałam w Storożyńcu na Ukrainie. Tam było pielęgniarstwo środowiskowe – chodzenie do chorych, odwiedzanie ich w domach. Później wróciłam już do Zatora do zakładu opiekuńczo-leczniczego.

Jak to się stało, że pojechała Siostra na drugą stronę półkuli ziemskiej – do Magadanu?

Byłam wtedy w Zatorze – nawiasem mówiąc budowali wtedy Energylandię. Pamiętam to do dzisiaj! Ten huk, to niespanie chorych po nocach… Dużo nas to wtedy kosztowało. Oprócz opieki nad nimi, zajmowałam się też Dziećmi Maryi w Zatorze i dojeżdżałam też do Gierałtowic. W sumie byłam tam wtedy 4 lata.

No i właśnie, kiedy wszystko się rozkręciło, gdy miałam takie super plany – chciałam kupić większego busa, zrobić prawo jazdy na autobus i zastanawiałam się jak przekonać do tego przełożonych, żeby mi pozwolili – zostałam wezwana 1 stycznia do Siostry Wizytatorki i… zmiana do Magadanu.

Kiedy to było?

Dwa i pół roku temu.

Jaka była odpowiedź Siostry?

Przede wszystkim byłam zaskoczona. W ogóle się tego nie spodziewałam. Na wakacjach jedna siostra żartowała ze mnie: „Ja ciebie widzę, jak ty chodzisz po Magadanie i opiekujesz się chorymi”. Powiedziałam jej wtedy, że ja nigdzie się nie wybieram. Nawet o tym nie myślę, bo mam problemy ze stawami, genetycznie jestem obciążona i nawet nie mam czasu, a dodatkowo byłam mocno zaangażowana tutaj, w Polsce. To prawda, że na samym początku pisałam prośby o pracę na Wschodzie, ale wtedy jeszcze nie było tej placówki, więc dla mnie Rosja kończyła się na Moskwie. A później, jak już wróciłam z Ukrainy, to plany były w ogóle w drugą stronę: żeby jechać gdzieś do Anglii, uczyć się języka i tam pomagać. No ale… Potrzeba było kogoś, kto tam pojedzie, więc się zgodziłam.

Nie żałuje Siostra?

Ależ skąd! Czas spędzony na Magadanie był najlepszym czasem – przynajmniej do tej pory – jaki spędziłam w Zgromadzeniu. Była to bardzo różnobarwna służba. Tak naprawdę dopiero tam poczułam – jeśli można… nie no… można to poczuć – charyzmat i jego głębię, i jego piękno. To się odkrywa dopiero na ulicach, w akcji.

Wcześniej Siostra tego nie czuła?

No… może nie tak. Może to nie było aż z taką pasją, z taką radością, zaangażowaniem.

Z czego to wynika? Przecież warunki na Magadanie są o wiele trudniejsze niż w Polsce.

Wiesz, mam takie doświadczenie każdej placówki, że ja więcej otrzymuję niż daję. Więcej otrzymuję od dzieci, mimo że panicznie boję się pracy z dziećmi, pracy z młodzieżą.

Wakacje z Bogiem dla dzieci

Na Magadanie też Siostra pracowała z dziećmi?

Wiesz co… właściwie przez przypadek. Dwa lata temu otworzyła się taka możliwość, że mogłyśmy iść na uniwersytet i studiować, a w związku z tym dostałam wizę studencką. Pierwszy problem był taki, czy ja w ogóle mogę iść, będąc w Rosji, w stroju zakonnym. Był moment zawahania – pomyślałam wtedy: „Boże! W co ja się ubiorę?”. Na szczęście zgodzili się bez problemu, tylko najpierw się zapytali, czy mam jakiś inny strój – oczywiście powiedziałam, że nie.

Były zajęcia ze studentami z dziennikarstwa, pedagogiki i filologii społecznej, a myśmy byli na takim kierunku, jak „język rosyjski dla cudzoziemców”. Prowadzono dla nas zajęcia z języka, kultury, geografii, ale mieliśmy też zajęcia indywidualne. Właśnie te ostatnie wywarły na mnie największe wrażenie, bo to było sam na sam z profesorem.

Była tam też przez dwa lata studentka z Ameryki – Hana. Przyjechała do Magadanu, prowadziła klub dla dzieci. Każdy chętny mógł tam przyjść – katolik, prawosławny, grekokatolik. Ona prowadziła tam dla nich różne zajęcia, m.in. uczyła ich języka angielskiego.

Amerykanka. Nie spotkała się z niechęcią Rosjan?

Nie! Ani ja nigdy nie odczułam jakiegoś zimnego dystansu – „bo ty jesteś z Polski” – ani w stosunku do Hany takie zachowania nie miały miejsca. To nie jest wcale tak, jak pokazują w telewizji. Wręcz przeciwnie. Ludzie zastanawiali się, czy ona ma po kolei w głowie, że z Ameryki przyleciała do Rosji.
Ale jaka w niej była pasja! Jakie zaangażowanie! Ta praca ją pochłaniała. Ona płakała przez dwa miesiące, gdy się zorientowała, że musi wracać do Stanów.

Z s. Sabiną Konopką SM rozmawiał kl. Michał Adamczyk.

Ciąg dalszy wywiadu w kolejnym numerze „Wiadomości Misyjnych”.


s. Sabina Konopka SM
Z ogromną radością realizuje charyzmat Zgromadzenia, w którym posługuje od dwudziestu lat. Właśnie wróciła z misji w Rosji i czeka na kolejne Boże pomysły.

Trzeba mieć pragnienia!