Misja w Kongo

Siostra Urszula Chudy SM w trakcie posługi misyjnej

Kl. Marcin Cyburt: Przeżywamy jubileusz 400-lecia charyzmatu wincentyńskiego. Proszę powiedzieć na początku, jak wyglądała Siostry droga do Zgromadzenia, jak droga już jako Siostry Miłosierdzia i kiedy zrodziło się powołanie misyjne?
S. Urszula Chudy: Pochodzę z okolicy Limanowej, tam poznałam siostry. Spotykałyśmy się, rozmawiałyśmy, modliłyśmy się razem. Potem przyjechałam na rekolekcje. Po kilku miesiącach zgłosiłam się do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo Prowincji Krakowskiej. Rozpoczęłam formację. Najpierw w Postulacie, a następnie w Seminarium. Potem praca apostolska. Najpierw w Bobrku, później w Krakowie – w Domu Pomocy Społecznej im. L. i A. Helclów. Nie byłam jeszcze wtedy pielęgniarką, więc po kilku latach pracy zostałam wysłana do Warszawy i tam odbyłam studium pielęgniarskie. Po jego ukończeniu wróciłam do pracy w DPS im. Helclów. Następnie zostałam skierowana do posługi w Stacji „Caritas” diecezji rzeszowskiej w Kątach. Tam robiłam prawo jazdy, żeby dojeżdżać do chorych w okolicznych wioskach. Tam też zaczęłam myśleć o misjach. Prawo jazdy było też takim impulsem, bo wcześniej nie myślałam, że będę kierowcą, nie było mi to potrzebne, ale Pan Bóg tak to właśnie pokierował. W tym czasie siostry zaczęły wyjeżdżać na Ukrainę, zaczęłam więc myśleć, że może i ja na Ukrainę pojadę. Jednak później sytuacja troszkę się zmieniła. Po czterech latach zostałam skierowana do służby w DPS w Moszczanach i tam posługiwałam przez 2 lata. W tym czasie prosiłam siostrę wizytatorkę o wyjazd na misje. Tak się złożyło, że nasza Matka Generalna skierowała prośbę o siostry do posługi w Domu Macierzystym w Paryżu. W odpowiedzi na wezwanie Matki wyjechałam do Paryża, gdzie rozpoczęłam od nauki języka francuskiego i równocześnie służyłam chorym siostrom w Infirmerii. Byłam tam 3,5 roku, nauczyłam się języka. Miałam też pierwsze spotkanie z Matką Eveline, którą poprosiłam o wyjazd na misje ad gentes. Matka zgodziła się. Wróciłam do Polski, aby w Warszawie odbyć roczne szkolenie w Centrum Misyjnym. Tu poznawaliśmy kulturę i zwyczaje krajów misyjnych, lekarze z Kliniki Chorób Tropikalnych mówili nam o chorobach tropikalnych. Po roku wróciłam do Paryża.

Czy w czasie rozmowy z Matką miała już Siostra nakreśloną perspektywę wyjechania do Kongo?
Nie, nie wiedziałam dokąd pojadę. O wyjeździe do Konga dowiedziałam się w listopadzie 2008 r. Następnie w Instytucie Katolickim poznawałam kulturę Konga. Z siostrą Kongijką nauczyłam się podstaw języka lingala. Dnia 27 czerwca 2009 r. wyjechałam do Konga.

Tam Siostra pojechała do wspólnoty sióstr. Gdzie Siostra trafiła?
Siostry Miłosierdzia są w Kongo od 1925 r. i aktualnie jest tam 17 wspólnot. Pierwszą moją wspólnotą była Lukolela. Tam zrobiłam jeszcze staż dotyczący chorób tropikalnych tamtego regionu, a po jego zakończeniu zaczęłam pracę w szpitalu. To jest jedyny szpital w tym regionie.

Jak Siostra odnalazła się w międzynarodowej wspólnocie sióstr?
Byłam jedyną Polką. Było nas 10 sióstr. Włoszka, Hiszpanka, Meksykanka oraz siostry Kongijki. Właściwie nie miało to dla mnie znaczenia. Znałam już j. francuski, ale we wspólnocie rozmawiało się w lingala, więc chciał czy nie, trzeba było szlifować język regionu. Po dwóch latach rozpoczęłam pracę z chorymi na cukrzycę. To bardzo pomogło mi w nauce tego języka, bo chorym trzeba było tłumaczyć zasady postępowania i diety. Jeżeli spotkałam kogoś mówiącego jeszcze innym dialektem, to prosiłam o pomoc kogoś z personelu w tłumaczeniu.

Jak wyglądał zwykły dzień na misjach?
Wstawało się o godz. 4.30, 5.00 rozmyślanie, 5.30 brewiarz, o 6.00 zawsze była msza święta w kościele parafialnym potem śniadanie i od 8.00 musiałyśmy już być na swoich oddziałach. Ja pracowałam na chirurgii, gdzie byłam odpowiedzialna za wykonywanie opatrunków. Po 1,5 roku przeszłam do pracy w aptece, gdzie zajmowałam się zaopatrzeniem. Miałam pewien zapas leków na zapleczu, ale trzeba było myśleć o zamówieniach z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Leki były dostarczane statkami. Z Kinszasy, gdy nie było komplikacji trwało to 2 tygodnie. Można też było przywieźć z Mbandaka, gdzie siostry częściej się udawały naszym pirogiem, ponieważ tam odbywały się różne sesje, spotkania. Ciągły brak leków był duży, było pięciu lekarzy stacjonarnych, przyjeżdżali też lekarze stażyści. Apteka była dostępna zarówno dla pacjentów szpitala jak i dla okolicznych mieszkańców. Niektórzy pacjenci woleli czekać aż my sprowadzimy leki, niż kupować w innych aptekach. Był to przejaw zaufania, że w naszej aptece lekarstwa są dobrej jakości.

Czy personel szpitala stanowili mieszkańcy Kongo, czy więcej było przyjezdnych?
Była jedna siostra Włoszka jako lekarz oraz kilka sióstr pielęgniarek innej narodowości, jednak większość personelu stanowili Kongijczycy; mieszkańcy Lukoleli lub okolic regionu. Lekarze kończyli studia medyczne w Kinszasa lub innych regionach Konga. Lekarze bardzo chętnie przyjeżdżali do nas by odbyć praktyki. Teorię mieli na bardzo wysokim poziomie, lecz odczuwali potrzebę konkretnej praktyki, np. zabiegi chirurgiczne, te bardziej rozlegle lub skomplikowane. Każdy nowoprzybyły lekarz otrzymywał listę leków i środków farmaceutycznych, którymi dysponował nasz szpital, a to ułatwiało jego codzienną pracę. Niektórzy lekarze wyjeżdżali jeszcze na zagraniczne praktyki.

Wśród naszego personelu staramy się utrzymać klimat wincentyński. Każdego dnia po raporcie któraś z sióstr dorzuca kilka słów cytując św. Wincentego lub Ludwikę, aby po Bożemu rozpocząć nowy dzień posługi.

Jak wygląda wymiar duszpasterski misji?
Chrześcijaństwo jest rozpowszechnione, ale tak jak wszędzie szerzą się sekty. Pojawiają się fałszywi prorocy. Jaka jest nasza rola? Na przykład, gdy był ktoś ciężko chory, szczególnie dziecko, zachęcałam, by zaufać Panu Bogu. Pytałam czy są ochrzczeni, jeśli tak to zachęcałam do modlitwy, bardzo często dawałam medaliki. Tłumaczyłam, że medalik nazywa się cudownym nie dlatego, że tak jest napisane, ale że Matka Boża wiele pomagała osobom z podobnymi problemami. Matka Boża jest zawsze blisko nas. To ktoś spośród nas. Oni słuchali, akceptowali. Mieliśmy przykład małego chłopca, który miał na imię Fiston. Był operowany, ponieważ nastąpiła perforacja jelit. Ludzie tam idą do lekarza zbyt późno, ponieważ za wszystko trzeba płacić. Przetrzymują chorobę, a do lekarza przychodzą najczęściej w stanie krytycznym. Fisto miał 9 lat. Po operacji jego rana musiała być oczyszczana jeszcze kilkakrotnie, bo gromadziła się ropa. Trwało to bardzo długo. Gdy w końcu rana zaczęła się goić zaczęłyśmy go karmić naturalnymi proteinami. Pewnego razu siostra dała chłopcu obrazek Jana Pawła II, oraz medalik Matki Bożej. To było po Jego beatyfikacji. Ten obrazek był zawsze z nim, położony na lub pod jego poduszką. Kiedy zmieniałam mu opatrunki lub podchodziłam tak po prostu, modliłam się sama w ciszy lub prosiłam go, by modlił się ze mną. Po pewnym czasie zauważyłyśmy poprawę jego stanu zdrowia. Fisto był operowany w lutym, a w pierwszą sobotę lipca wyszedł ze szpitala zupełnie zdrowy. Myślą pobiegłam do Matki Bożej i św. Jana Pawła II, by podziękować im za ten dar uzdrowienia. Potem byłam świadkiem wielu innych jeszcze podobnych sytuacji i przypadków.

Gdzie siostra jest obecnie i czym się zajmuje?
Obecnie jestem w Yumbi. Pracuję też w szpitalu. Zajmuję się salą zabiegową. Centrum podzielone jest na 3 oddziały: ogólny, ginekologia i położnictwo. Nasza wspólnota liczy 3 siostry Kongijki i 2 siostry Polki. Moją troską obecnie są dzieci z rożnym stadium niedożywienia. Staram się je otoczyć szczególną opieką, z punktu widzenia medycznego, ale i jako ich opiekunka, czasem jak siostra lub mama, a jest ich z każdym dniem coraz więcej.

Jakie zauważa Siostra różnice między życiem w Polsce i Kongo?
Kongo to bardzo duży kraj. Sześć razy większy niż Polska. Zdecydowanie łatwo zauważyć różnice klimatyczne. Nie znam rejonów Konga na wschodzie. Kinszasa, stolica Konga jest miastem dużym, pięknym i mniej ładnym. Są dzielnice zadbane lepiej, ale są też bardzo ubogie. Nas najbardziej interesują możliwości pomocy chorym. W naszych regionach badania wykonuje się metodami bardzo prymitywnymi. Dopiero od nie dawna pojawiają się jakieś aparaty, np. do pomiaru cukru. Do określenia poziomu hemoglobiny używamy jeszcze książeczki talkis, gdzie na podstawie namalowanego paska w rożnym odcieniu koloru czerwonego i zapisanym ilością %, po pobraniu krwi porównujemy jej kolor z kolorem paska i dopiero wtedy możemy podać przybliżony wynik badania hemoglobiny. W naszym rejonie testy na malarię czasami są wykonywane za darmo. Leki jednak trzeba sobie zakupić. Często też stosujemy transfuzje krwi. Nie ma u nas banków krwi, każda rodzina szuka dawcy wśród swoich znajomych.

Najważniejsza jest modlitwa, milczenie, a potem dopiero czyn.

Jak siostry są przyjmowane przez tubylców?
Ludzie bardzo sobie cenią naszą pomoc. Mają jednak pewien kompleks z powodu koloru skóry i warunków bycia. Jeżeli my tam przyjeżdżamy i dajemy to co możemy to jest to doceniane. Ludzie często wolą zostać pod naszą opieką niż udać się do innego szpitala. Wśród naszego personelu staramy się utrzymać klimat wincentyński. Każdy dzień jak w każdym szpitalu rozpoczyna się od raportu, a po jego zakończeniu, któraś z sióstr dorzuca kilka słów cytując św. Wincentego lub Ludwikę, aby po Bożemu rozpocząć nowy dzień posługi. Często przypominamy sobie, że Pan Bóg posyła nas każdego dnia do pomocy najbiedniejszym. O tym musimy pamiętać wszyscy, którzy pracujemy w tym konkretnym miejscu.

Jak Kongijczycy postrzegają chorobę?
Najczęściej, a to nieszczęście, chorobę łączą z czarami. Gdy ktoś zachoruje to znaczy, że jakiś wujek czy dziadek rzucił czar. To on jest winien tej choroby. Każą mu płacić za leczenie. My musimy przeciwstawiać się temu. W czasie rozmów z rodziną tłumaczymy, że zły stan zdrowia wynika z zaawansowanego procesu choroby, a nie z czarów, czy złej woli członka rodziny. Aby to udokumentować, przedstawiamy i tłumaczymy opiekunowi chorego wyniki badań.

Jakie wskazówki miałaby siostra dla młodych ludzi myślących o misjach?
Trzeba wszystko oddać Bogu i Jemu samemu ofiarować każdy nasz dzień. Trzeba zapomnieć, że jestem biała. Mam wierzyć, że jestem posłana przez Boga, by spełniać Jego Wolę przez dokładne wypełnianie swoich obowiązków. Ludzie nie mogą do nas czuć dystansu. Musimy się dostosować do tego, co tam się dzieje i do istniejących warunków. Nie można też bać się szukania rady i pomocy we wspólnocie. Nie należy okazywać na zewnątrz naszego zdziwienia, a czasem wręcz szokujących sytuacji, gdy coś nas zaskoczy. Starajmy się być spokojni i opanowani. Na koniec chcę podkreślić bardzo mocno, że najważniejsza jest modlitwa, milczenie, a potem dopiero czyn.

Siostra Urszula Chuby SM – w 1981 r. wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. W roku 2009 została posłana do Demokratycznej Republiki Konga. Obecnie posługuje w szpitalu w miejscowości Yumbi, tuż nad brzegiem rzeki Kongo.

Fragment artykułu z 43 (2/2017) numeru Wiadomości Misyjnych