Napisał do mnie kleryk Wojciech z prośbą o podzielenie się moimi misyjnymi spostrzeżeniami. Jego prośba była precyzyjna. Chciał dowiedzieć się (i jak zakładam Czytelnicy „Wiadomości Misyjnych” również)  na czym polega praca misjonarza w Europie. Nie często zdarza się bowiem, aby na ten temat pisano w tym czasopiśmie.

Najczęściej misjonarze opowiadają o misjach  z prawdziwego zdarzenia. Na tych misjach już byłem, bowiem  posłano mnie do Albanii (1993 r.) i na Wyspy Salomona (2000 r.). Gdy wspominam tamten czas, to są mi bliskie opowiadania misjonarzy z Beninu i Papui Nowej Gwinei. Na misjach z prawdziwego zdarzenia, choć wszystko wydaje się odlegle z braku odpowiedniej komunikacji i infrastruktury, to jednak ludzie znajdują się w zasięgu ręki. Paradoks czy normalność? Jedno i drugie może być dobrą odpowiedzią. Ale miarą powodzenia misyjnego jest otwarte serce dobrego człowieka. Serce otwarte i dobre, zarówno misjonarza jak i słuchającego go jeszcze poganina, to obraz bliski Kościoła czasów  apostolskich.

Wędka

Europa. Wracam do tematu. W 2006 roku posłano mnie do Grecji i powiedziano mi, abym zajął się albańskimi emigrantami. W ręku miałem wędkę misjonarską z przynętą, czyli język albański. Albańczycy na to dali się złapać. Ale znajomość albańskiego to tylko wejście na kolejny stopień trudności. W kościele dolnym przy Frangon 19 w Salonikach, dzięki dobrej pracy moich poprzedników, brata szkolnego i zakonnicy Albanki od Matki Teresy z Kalkuty, kilkanaście osób zgromadziło się na niedzielnej Eucharystii. Kilkanaście osób to liczna grupa, ale gdzieś na pustyni. W mieście liczącym ponad milion mieszkańców to mało, bardzo mało. Zadałem sobie pytanie: jak to możliwe, że w mieście, gdzie komunikacja publiczna, samochody prywatne, dostępność kościoła są w  zasięgu ręki, a tu ludzi jak na lekarstwo. Paradoks czy normalność? Normą w Europie jest bycie człowiekiem nowoczesnym bez Boga. To już zauważyłem w 2006 roku. Co dzieje się dzisiaj w 2018 roku? Zaniedbany duchowo i opuszczający Boga homo europeicus, zarówno duchowny jak i świecki jeszcze bardziej mobilizuje mnie do ewangelizacji już europejskiego poganina.

Odwiedzać Chrystusa

Nie było łatwo w Grecji. Mało ludzi z jednej strony, a z drugiej jakieś skamieniałe struktury duszpasterskie, które bardziej utwierdzały w zachowaniu status quo struktury, niż otwarcie się na nową ewangelizację. Należało myśleć i działać inaczej. Św. Wincenty a Paulo, mój dobry Ojciec Duchowny podpowiedział mi, że należy najpierw zrobić jakiś szum wokół siebie. W anonimowym świecie homo europeiscus należało nawiązać kontakt osobisty z ewangelizowanym ubogim. Nie tyle mówić mu o Chrystusie, co być z nim często tam, gdzie najczęściej przebywa. Człowiek najczęściej przebywa nie w kościele, jakby to chcieli księża, ale w domu rodzinnym i to wieczorami. Odwiedzałem dziesiątki, a potem setki rodzin albańskich. Przy odwiedzinach należało trzymać się na baczności,  bo niekiedy można ulec pewnym nałogom. Czy jest to przemijająca cena przebywania ze znajomymi i bycia ich przyjacielem? Ale istotne było to, że  nawet nie spostrzegłem się, kiedy do kościoła przy Frangon 19 przyszło nie kilkanaście lecz kilkaset osób.

Gminy chrześcijańskie

Kiedy ksiądz nas odwiedzi? – pytali Albańczycy mieszkający nawet do 150 km od Salonik. W ten sposób odwiedzając ich zakładałem gminy chrześcijańskie, tzn. miejsce spotkania i kultu dla ludzi ze znacznego terytorium. Pamiętam w Janitsy gromadziliśmy się w kościele grekokatolickim, natomiast w Simantrze w dolnej części domu rodziny prawosławnej, a w Naousie w salonie katoliczki z Irlandii i jeszcze comiesięczne wyjazdy do kilku parafii w Atenach, gdzie na niedzielną Eucharystię zbierali się Albańczycy. W chrześcijańskiej prawosławnej Grecji katolickim chrześcijanom zabronione jest organizowanie liturgii w cerkwiach. My katolicy jesteśmy krótko mówiąc heretykami.

Dla dobra dzieci

Przy rodzinnym stole gościnni Albańczycy opowiadali o swoim życiu na emigracji. W odpowiedzi potwierdzałem ich ciężki los. Jak bardzo byli wykorzystywani ekonomicznie? Czy niewolnictwo w krainie homo europeicus jest lepsze od bezczynnego życia dzień po dniu w Albanii? Przynajmniej dzieci mają zapewnione dobre wykształcenie. I jakiś dom można było wybudować, aby wyjeżdżając najczęściej na dwutygodniowy urlop do Albanii można było gdzieś zamieszkać.   

Życiowe pytania

W rozmowie padały pytania: czy i kiedy można ochrzcić nas samych i nasze dzieci? Mój mąż jest muzułmaninem, czy ja mogę mieć z nim ślub kościelny? A nam proszę księdza nie ułożyło się w życiu, czy ksiądz ochrzci nasze dzieci, te z drugiego małżeństwa? Mój syn chodzi z Greczynką, co z tego będzie? Przecież Albanka lepsza! A może ksiądz odwiedziłby mojego syna albo męża, którzy siedzą w więzieniu? A pracy nie dałoby się znaleźć? Może ksiądz pomógłby nam zapłacić za prąd?

Kościół Apostolski

Jednak to katechumeni byli w centrum mojego misjonarskiego wędkowania. Poganie chrześcijańscy i ignoranci muzułmanie przychodzili na katechezę przez cały Boży Rok, aby na Wielkanoc lub w czasie Wielkanocnym przyjąć sakramenty dla siebie i dla swoich dzieci, począwszy od chrztu, a na małżeństwie skończywszy. Jak na dłoni widać tu było Kościół Apostolski, gdyż cały dom przyjął chrzest.

Chleb

Pamiętam jeszcze pracę z grupą cygańskich rodzin, szczególnie dzieci. Zaczęło się w sposób prosty. Tym razem na wędce misjonarskiej jako przynęcie był chleb. Chleb ten zawoziłem kilka razy w tygodniu do Domu Sióstr Matki Teresy z Kalkuty. Przy tej okazji dzieliłem się tym chlebem z Cyganami. Złapali się na to, aż do powstania dla nich świetlicy.

Baza

Aby to wszystko ogarnąć, formalnie rzecz ujmując, można zaglądnąć do Ksiąg Parafialnych, działa Caritas z lat 2006 do 2013 przy Frangon 19. Wyjaśnię, że Frangon 19 to nazwa ulicy w Salonikach, przy której znajduje się Dom Księży Misjonarzy i Parafia pw. NMP Niepokalanie Poczętej. Tam znajdowała się moja baza, z której wyruszałem na wyprawy misyjne po Grecji.

Porwany

Powyższe treści życia misjonarskiego chodziły mi po głowie, a tu jeszcze trzeba pomyśleć o swoim zbawieniu. Niekiedy chciałem się usprawiedliwić przed Panem Bogiem, tłumacząc się z podjętego trudu misyjnego, ale to była iluzja i odchodzenie od Boga. O swoje zbawienie trzeba zadbać! Porwany przez misje. Tak, kiedyś Pan Jezus porwał mnie na Jego misję. Dzięki Bożej łasce i mocy Ducha Świętego trwam na tej Chrystusowej misji. Ale też dodam, że zostałem porwany na duszy przez moją grzeszność i na ciele przez zranienia i choroby: ślady na głowie po uderzeniu rękojeścią pistoletu, malaria, ostra białaczka szpikowa. Bogu za wszystko dziękuję!

Vesuvio

Mieszkam od prawie roku w Neapolu, we wspólnocie Domu Misjonarskiego Prowincji Włoskiej. Treścią mojego posłania na tę Chrystusową misję, to przede wszystkim duszpasterska troska o Polaków żyjących wokół Wezuwiusza.  Jest rok 2018 i znowu jestem w krainie homo europeicus,trzymając w ręku misjonarska wędkę. Tym razem przynętą jest tworzenie grupy facebook o nazwie Vesuvio. Mam nadzieję, że polscy emigranci dadzą się na to złapać. Ktoś mi odpisał: Marek i tak pójdę do piekła, a ja odpowiadam: tej nocy pomodliłem się za Ciebie. Jak widać już robi się szum. Ten ktoś już złapał się na misjonarską wędkę. I o to chodzi w naszej misjonarskiej służbie, gdyż jedno jest ważne, podprowadzenie człowieka w kierunku zbawienia, które obiecuje Chrystus.

Pozdrawiam czytelników „Wiadomości Misyjnych” i proszę o modlitwę za mnie i w moich intencjach.

Ks. Marek Owsiak CM


Ks. Marek Owsiak CM – Święcenia kapłańskie przyjął w 1989 r. W 1993 r. wyjechał na czteroletnią misję międzynarodową do Albanii. Przez pięć lat przebywał na misji na Wyspach Salomona. Od 2006 roku posługiwał w Tessalonikach. Obecnie w Neapolu, gdzie duszpasterzuje wśród Polonii.

Porwany przez misję