A było to tak… W niedzielne popołudnie wsiedliśmy do pociągu relacji Warszawa – Kraków. Wracaliśmy z rekolekcji u szarytek na Tamce. Kiedy – już w trakcie jazdy – wyszedłem z przedziału zobaczyłem, że na korytarzu stoi siostra zakonna w popielatym habicie i trzyma przy nodze niewielką walizkę…

Była bardzo skrępowana, kiedy zaprosiłem ją do naszego przedziału – zdaje się, że nie miała biletu z miejscówką – ale po krótkiej namowie udało mi się ją przekonać. Okazało się, że s. Gabriela jest albertynką i właśnie wraca prosto z Syberii (szok!). Opowiadała z taką pasją o swojej pracy, że nie mógłbym się z Wami, drodzy czytelnicy, nie podzielić jej świadectwem. Tym bardziej, że jednym z autorytetów Brata Alberta był nasz drogi ojciec Wincenty. Dlatego za zgodą s. Gabrieli zamieszczamy tutaj artykuł, który napisała ponad rok temu dla tygodnika „Gość Niedzielny”.

Siostro Gabrielo, niech Pan Jezus błogosławi!


Polskie albertynki na zimnej Syberii dają dzieciom chleb. I są jak ten chleb – dobre.

www.gosc.pl/doc/3681113.Syberyjskie-cuda

Jeszcze chwil parę, jeszcze długa podróż i s. Gabriela wróci do swoich dzieci. I do tych przestrzeni, przyrody przepięknej, choć dzikiej. Syberię pokochała kilkanaście lat temu. Bo bardzo tam potrzebowano i dobrego chleba dla dzieci, i dobrego spojrzenia.

Przywitanie

Do Usola Syberyjskiego polskie siostry albertynki przyjechały w 2001 r. Po roku jubileuszowym chciały Panu Jezusowi podziękować podjęciem kolejnej misji. Prosił ich też o to bp Jerzy Mazur, ówczesny administrator apostolski Syberii Wschodniej, późniejszy biskup diecezji irkuckiej.

 – Miałyśmy pracować w Usolu, niegdyś mieście kwitnącym, przemysłowym, a po rozpadzie ZSRR będącym w głębokim kryzysie, w którym kwitła bieda, szerzyła się przestępczość. Niestety, największymi poszkodowanymi upadku fabryk i alkoholizmu dorosłych, były dzieci – opowiada s. Gabriela, albertynka, która z dwiema innymi siostrami zakładała dom w Usolu.

Przyjechały w ciemno. Nawet skromniutkiego domu, jakiejkolwiek stancji nie miały. Poratowała ich znajoma dobra kobieta, prawosławna zresztą. Dała skromne schronienie. Pierwsza syberyjska zima, jak na zachętę, była łagodna. Do trzydziestu stopni na minusie. Nie do pięćdziesięciu, jak zazwyczaj. Po jakimś czasie udało się siostrom wynająć dwa pokoiki. I w tych pokoikach niemal od początku dały schronienie dzieciakom. Tym z ulicy, z patologicznych rodzin, uzależnionym od wąchania kleju.

– Bieda dziecięca była porażająca – opowiada s. Gabriela. – Brud, wszy, głód. Dzieciaczki garnęły się do nas niemal od pierwszych chwil, bo wcześniej nigdy nie zaznały ciepła. Potrafiły w nocy pukać do drzwi i prosić o zwykły chleb. Bywało i tak, że chłopiec, nasz wychowanek, próbował cichcem wynieść psie jedzenie i zanieść rodzeństwu. Dzieci musiały uwierzyć, że chleb można po prostu wziąć…

A pralka siostrzana chodziła non stop. Łaźnia była koniecznością. Bo dzieciaki przychodziły umorusane i „pachnące”. Zimą, gdy temperatura dochodziła do minus czterdziestu, w potarganych trampkach. Wychodziły od sióstr czyste, przebrane i w nowych butach, które czasem matki zabierały i sprzedawały, żeby mieć na alkohol.

Kiedy s. Gabriela dowiedziała się, że tuż za miastem, w kanałach grzewczych, koczuje grupa młodzieży, postanowiła i o nią zawalczyć. Potem ludzie mówili: „Siostro, gdzieś ty poszła?! Przecież mogli cię zabić”! – Nawet nie pomyślałam o niebezpieczeństwie. Wzięłam chleb (jak brat Albert), a do tego kiełbasę i czekoladę. Poszłam do nich, jakiś czas szukałam bez skutku. W końcu zobaczyłam, że odkrywają się włazy do kanałów, a spoza włazów wyglądają dziecięce oczy. Głodne i dzikie. Dałam im jedzenie, rozmawiałam. I tak się zaczęło. Części z nich udało się pomóc – przychodziły do nas, do świetlicy.

Niektórym jednak pomóc się nie dało. Dzieci uzależnione, żyjące od dawna „wolno”, czyli z kradzieży i napadów, nie potrafiły dostosować się do prostych norm, które ustaliły siostry. Nie chciały podjąć nauki, nie potrafiły skończyć z przestępczym życiem. Ofiary historycznych zawirowań i totalitarnych „zabaw” dorosłych.

Nowe życie

– Większości naszych dzieci pomóc się udało i udaje się do dziś. Najpierw pracowałyśmy w ramach projektu „Odnaleźć siebie w życiu”, stworzonego przez mieszkańca Usola, a finansowanego przez Caritas. Obejmował setkę dzieci. Udało się od władz pozyskać lokal, wyremontować go. Tam dzieci spotykały się na zajęciach reedukacyjnych, tanecznych, plastycznych, jeździłyśmy na rowerowe wycieczki, zakupiłyśmy łyżwy. No i oczywiście karmiłyśmy dzieciaki do syta…

Brat Albert swoje siostry tego nauczył: najpierw trzeba biedakowi dać jeść, potem ubranie i dach nad głową, a dopiero później zacząć mówić o Bogu.

Albo również i o nauce. – Kiedyś pytam małego Aloszę, dlaczego on ciągle ze szkoły ucieka. A on mi odpowiada bardzo szczerze: „Bo źle w szkole siedzieć, gdy brzuch głośno burczy” – s. Gabriela kiwa głową. – I miał chłopak rację.

Dlatego najpierw siostry zaczęły kupować dla dzieci jedzenie. Ale było to mało opłacalne, drogie i w dodatku niepełnowartościowe. Siostrzane fundusze szybko się kurczyły. – Zaczęłyśmy więc same gotować i piec chleb. Smacznie, zdrowo, choć najpierw bardzo skromnie. Ot, brało się serdelków, kroiło na malutkie cząsteczki, robiło sos. I był do polania makaronu czy ryżu. Jedliśmy wszyscy razem: siostry, dzieciaki. I wszystkim smakowało.

Z czasem (gdy sponsorzy i dobrzy ludzie wsparli pracę sióstr) posiłki były coraz bogatsze, zawsze swojskie i zdrowe. W dodatku siostry zaczęły uprawiać ogródek i sadzić własne ziemniaki. To duży zastrzyk warzyw, witamin i oszczędności. A posiłki? Na własnych warzywach smakowały wyśmienicie. Więc i wymierne efekty u dzieci były widoczne. Wielu podopiecznych, nawet tych starszych, kilkunastoletnich, wróciło do szkoły, kontynuowało naukę, zdobywało zawód, a nawet kończyło studia. – Obecnie to dorośli ludzie, niektórzy poznali się u nas w świetlicy, pobrali, żyją w dobrych katolickich rodzinach, bo przyjęli chrzest. Wielu naszych wychowanków pomaga teraz siostrom jako wolontariusze.

Praca u rodzinnych podstaw

Siostry pracowały (i pracują) też z rodzinami. – To arcytrudne środowisko. Dziesięcioro dzieci, różni ojcowie, matki niewidzące możliwości lepszego życia. Bez perspektyw i chociażby dokumentów.

Bo zgubić w Usolu dokumenty łatwo. Szczególnie, gdy szerzy się złodziejstwo. Ale wyrobienie nowych to ogromny trud i koszty. Tymczasem bez dokumentów człowiek prawnie nie istnieje. Więc zaklęte koło biedy i wykluczenia toczy się jak syberyjska kula śniegowa. Zimna, bezduszna, zataczająca coraz szersze kręgi. – Pomagałyśmy więc w pozyskaniu nowych dokumentów, co pozwalało części rodzin stanąć na nogi.

A z Bożą i ludzką pomocą udawało się chociażby wyposażać i remontować mieszkania. Choć prawdziwiej byłoby powiedzieć „schowki” czy zapyziałe pokoiki, komórki doklejone gdzieś do głównych budynków. – Kiedyś mieszkanie jednej z rodzin się spaliło. Dzieci zostały bez dachu nad głową. A my byłyśmy przerażone, co z nimi. Modliłyśmy się o ratunek. I wtedy, w nocy, zadzwonił telefon. Ktoś z dalekich krajów przeczytał o nas i chciał wysłać konkretną sumę pieniędzy. Sumę dokładnie taką, jakiej potrzebowałyśmy na zakup nowego lokum dla rodziny.

Bywało, że i siostry remonty robiły. Zima szła, a u starszego pana w oknach folia. – Do dziś pamiętam, jak wstawiałyśmy okna. Skrobałyśmy parapety jakimiś nożami. Ręce miałyśmy popuchnięte i czerwone. Ale się udało!

Zakupiono też dla rodzin sprzęt AGD czy pralki. – My, siostry, nie miałyśmy dosłownie nic. Ale Bóg widział potrzeby swoich dzieci. To i dawał. Proste. Na Syberii byłam 10 lat. I dziesięć lat widziałam takie cuda…

Powrót

Władze usolskie podpisały z siostrami umowę, według której zakonnice mogły korzystać z pomieszczeń zaadaptowanych na świetlicę przez prawie 50 lat. Jednak władze się zmieniły i jakiś czas temu sprawę postawiły jasno: siostry muszą znaleźć inne miejsce. Takie syberyjskie „prawo”. – Ja już w tym czasie byłam poza Syberią. Bo najpierw wróciłam do kraju, potem pracowałam w Argentynie (jak dla mnie stanowczo za gorąco), na Ukrainie, a teraz znów chwilę w Polsce – opowiada s. Gabriela. Siostry postanowiły więc kupić własny budynek. Tym bardziej, że obecna świetlica nie jest zbyt duża, a dzieci wciąż przybywa.

Budynek udało się kupić. Co prawda wymaga gruntownego remontu, bo przez lata nie był użytkowany i niszczał na syberyjskich zimowych mrozach. Ale czy Pan Bóg i św. Brat Albert pozostawią swoje dzieło bez pomocy? – Musimy się uwinąć do sierpnia, bo w sierpniu definitywnie trzeba opuścić obecną placówkę. Ja już będę z powrotem na Syberii, więc moim siostrom we wszystkim pomogę – cieszy się s. Gabriela, która nie ukrywa, że syberyjską ziemię pokochała jak własną. Wraca z ogromną radością. – Pracy przed nami wiele. Pieniędzy na cały remont oczywiście nie mamy. Ale Ktoś się o nas troszczy.

Uda się. Musi. Nie takie cuda się na Syberii widziało.

kl. Michał Adamczyk


Informacje o tym, jak pomóc siostrom albertynkom z Usola, można znaleźć na stronie www.albertynki.pl.

Niezwykłe spotkanie