Wiele kultur, języków, kolorów skóry, religii i tradycji. Różny wiek, przyzwyczajenia oraz wychowanie. A między tym wszystkim akceptacja i otwartość. Właśnie to zastaliśmy, gdy pierwszy raz prowadziliśmy zajęcia z dziećmi mieszkającymi w obwodzie akmolskim.

Pierwsze wrażenie pierwszym wrażeniem, ale co dalej? Miesiąc zajęć pokazał nam jak wygląda praca z kazachstańskimi dziećmi i teraz – gdy minęły już miesiące od powrotu, mogę z całą pewnością powiedzieć: warto będzie tam wrócić!

Ale dlaczego?

Dzień jak dla nas zawsze zaczynał się późno, bo pierwsza lekcja startowała o godz. 10.00. Dawało to mnóstwo czasu rano, na śniadanie, powtórzenie planu zajęć, doszukanie słówek, których nie byliśmy pewni i przygotowanie potrzebnych rzeczy. Później spacer do szkoły, na progu której zawsze czekali już nasi uczniowie. Pierwsze minuty upływały na zwykłej rozmowie o pogodzie, tym jak komu minął wieczór lub co dziś stało się takiego niesamowitego. W międzyczasie zdążyliśmy wyciągnąć materiały na zajęcia plastyczne i między jednym powitaniem a drugim przytuleniem, mniej więcej podzielić je między wszystkie dzieci. No to zaczynamy kolejne zajęcia!

Przezornie mamy kilka pomysłów, bo to, co nam zajmuje 40 minut sklejania i kolorowania maluchy zrobią w 20 i to tylko dlatego, że trochę się nad nami litują. Następnie angielski – tutaj zaczyna się zabawa. Chętnych jest aż tylu, że musieliśmy podzielić się na trzy grupy. Najmłodsi mają godzinę angielskiego w formie zabawy. Średniozaawansowani to najliczniejsza grupa. Czasem uda się schować za kimś innym w czasie powtórki słówek. Gdy ktoś się nudzi, to na szczęście zawsze jest telefon (albo jak nikt nie pamięta słówka, pomoże tłumacz), a gdy te dwie godziny lekcyjne to jednak za dużo na dziś, to na szczęście można wyjść… Ale wszystko z przymrużeniem oka, bo summa summarum ciężko było ich wygonić z klasy po lekcji. W grupie zaawansowanej angielski prowadziliśmy właściwie nie używając rosyjskiego, więc w pewnym stopniu mogliśmy wtedy odpocząć. A między lekcjami? Szaleństwo! Bieganie, tańczenie, chowanie, śpiewanie, łaskotanie, gry… Takie zwyczajne bycie z dziećmi. Nie jako nauczyciel, wolontariusz, student, dorosły. Jako osoba, która się uśmiechnie. Ktoś kto wysłucha. Może nie zrozumie połowy słów i przez 10 minut będzie powtarzał: ,,co to znaczy?” ale będzie próbował do skutku. Tak po prostu: będzie.

Po popołudniowej Mszy Świętej przychodził czas na półkolonie w oddalonej o 24 kilometry Nowokubance. Zaczynaliśmy o godz. 18.30, a wspólna modlitwa kończyła dzień około godz. 21.30. Co się działo pomiędzy… Nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie spamiętać! Były zabawy kazachskie, polskie, tańce, piłka nożna, siatkówka, podwieczorek, zajęcia plastyczne, filmy, piłkarzyki, bingo, Baba Jaga… A przede wszystkim niesamowita energia i mnóstwo śmiechu. Półkolonie były organizowane przez księdza Leszka dla dzieci mieszkających w wiosce, które mogły i chciały przyjść spędzić z nami popołudnie. I chyba najbardziej niesamowite było właśnie to, że chciały. Bo to nie jest tak, że cały dzień spędziły przed komputerem, albo bawiły się z młodszym rodzeństwem, a teraz dla odmiany przeszły się do nas. One rano wstały zagnać krowy na step, później trzeba posprzątać w domu, zająć się zwierzętami, czasem przerzucić węgiel czy żwir, nawieźć wody, zająć się młodszym rodzeństwem, pojechać do sklepu (nawet tego w mieście, 24 kilometry dalej), a półkolonie są w takich godzinach, że po nich trzeba te krowy przyprowadzić z powrotem, reszta obowiązków i dopiero sen. Dlatego nadal dziwię się, że to my po 5 minutach berka byłyśmy bliskie skrajnego wycieńczenia fizycznego!

No dobrze, czyli dlaczego tak właściwie było warto? Przed wylotem usłyszałam od kogoś, że Kazachowie nie potrafią być wdzięczni. Nie, że w ogóle, ale raczej nie ma się co spodziewać fajerwerków. Tymczasem poznaliśmy masę osób, które chciały zdążyć opowiedzieć nam wszystko. Pokazać swoją kulturę, zwyczaje i tradycje. Opowiedzieć historię ich życia, kraju, czy podzielić się ciężarem, który noszą w sercach. Dostaliśmy masę laurek z uśmiechem i typowym: ,,Ciociu! Ciociu! To dla Ciebie! Dziękuję za dziś!”. A przede wszystkim usłyszeliśmy od tych najmłodszych, że nie sądzili, że ktoś przyjedzie im pomagać za darmo, tak po prostu. Pamiętam, jak w drugim tygodniu pracy dziewczynki zapytały nas kiedy jemy. ,,No bo nigdy nie macie kanapek w szkole”. Wytłumaczyliśmy, że śniadanie jemy przed zajęciami, a później wracamy prosto na obiad. Normalna rzecz, lekcje nie trwają aż tak długo, więc myśleliśmy, że to je uspokoi. Na drugi dzień z samego rana dostaliśmy dwa ciastka – takie podłużne biszkopty z masą zawinięte w rulon i dwie kanapki z szynką. Nie było mowy, żeby ich nie wziąć, podzielenie się z dziećmi też nie wchodziło w grę – albo zjemy, albo się zmarnuje. Bo nie może być tak, że my im pomagamy, a oni pozwalają nam nie jeść. I żadne tłumaczenia nie pomagały. Rozumieli, ale robili swoje i już do końca naszego pobytu dokarmiali nas cukierkami (a my ich).

Zobaczyliśmy piękno Kazachstanu dziesiątkami par oczu, które również otworzyły nasze. Wyjechaliśmy do Polski, ale do niej nie wróciliśmy, bo część nas została w sercach tych, którzy nie przyjmują do wiadomości, że możemy do nich nie wrócić.

Martyna Brzana

Kazachstan okiem niewprawionym