We wrześniu tego roku spełniłam jedno z moich marzeń. Wyjechałam na misję. Jako studentka medycyny myślałam, że to oczywiste, że w trakcie nauki wyjadę do dalekiej Afryki i uratuję setki ludzi, a dodatkowo przeżyję przygodę życia. Jednak w trakcie studiowania okazało się to nie takie proste.

Po pierwsze praktyczne umiejętności studenta kierunku lekarskiego są małe. Po drugie uświadomiłam sobie, że wyjazd na misje, to nie wyjazd turystyczny. Ale chęć wolontariatu pozostała. Dlatego, gdy usłyszałam o spotkaniu informacyjnym MISEVI w kościele Świętego Krzyża w Warszawie przyszłam bez wahania. Kojarzyłam, że ta organizacja wysyła wolontariuszy na Madagaskar. Okazało się, że działają również w Odessie, gdzie pomagają Siostrom Szarytkom w „Projekcie” z osobami w kryzysie bezdomności. Ze spotkania wyszłam z przekonaniem, że jest to miejsce, w którym mogę się przydać i do którego chcę pojechać. Przeszłam rekrutację i pod koniec sierpnia tego roku wysiadłam wraz z innymi wolontariuszami z pociągu w Odessie.

Moje pierwsze wrażenie: gorąco! A kolejne, że ciekawie się zapowiada, bo siostry, które odebrały nas z dworca i zabrały na kawę sprawiały wrażenie pozytywnie szalonych. Zaraz po kawie pojechaliśmy na „Projekt”. Z opowieści innych wolontariuszy MISEVI pamiętałam, że siostry w Odessie przez długi czas nie miały swojego stałego miejsca, w którym mogłyby przyjmować „klientów” – jak nazywają osoby bezdomne, którym pomagają. Czasem robiły opatrunki w parku, czasem w busie, albo pomieszczeniach zupełnie do tego nieprzystosowanych. Od niedawna wspólnie z organizacją DePaul mają pomieszczenia, w których mogą pracować w lepszych warunkach. Ich posługa to praca w gabinecie medycznym i łaźni, w której bezdomni nie tylko mogą się umyć, ale otrzymują również czyste ubrania i przybory kosmetyczne. Dodatkowo, a może przede wszystkim, „Projekt” to miejsce, w którym można się wygadać, wyżalić i otrzymać poradę i zrozumienie.

Dzień w placówce DePaul zaczyna się od wspólnej modlitwy personelu, wolontariuszy i osób, które przyszły po pomoc. Pierwszego dnia pomagałam w gabinecie. S. Marta z wielką cierpliwością pokazywała mi jakie leki stosujemy na jakie rany. Na Ukrainie stosuje się trochę inne maści niż w Polsce, dlatego było to bardzo ciekawe z mojego studenckiego punktu widzenia. Dodatkowo podziwiałam siostry za ich pomysłowość w robieniu czegoś z niczego. Mimo ograniczonych środków leczą ubogich najlepiej jak można. Gdy my obsługiwałyśmy klientów medycznie, w sąsiednim pomieszczeniu s. Maria i s. Emilia wydawały przybory higieniczne panom, którzy przyszli do łaźni, strzygły potrzebujących fryzjera, a umytym wydawały czyste ubrania. Łaźnia u Sióstr jest jedynym miejscem w Odessie, w którym osoby bezdomne mogą się umyć. Z tego powodu mężczyźni mogą z niej skorzystać jedynie raz na dwa tygodnie, a kobiety raz na tydzień – w środy. Praca na „Projekcie” trwa różnie, zależy od liczby osób, które danego dnia przyjdą. Podczas mojego pobytu spędzaliśmy tam około 4-5 godzin dziennie. Po wysprzątaniu i przygotowaniu wszystkiego na następny dzień czekała nas godzina drogi do Fontanki, miejscowości pod Odessą, w której znajduje się dom Sióstr. Ponieważ jest blisko morza, podczas wakacji przebywają w nim grupy dzieci i młodzieży z różnych regionów Ukrainy. Okolica jest spokojna i sprzyja odpoczynkowi po całym dniu pracy w mieście.

Jednak „Projekt” to nie jedyne pole działania Sióstr Szarytek. W środy i w piątki siostry jeżdżą do Vizirki, gdzie znajduje się dom dla kobiet, w którym prowadzona jest terapia uzależnień. Program opracowany przez o. Mateo we Włoszech realizowany jest w Vizirce od kilku lat. W niedalekiej miejscowości Buldynka znajduje się podobny dom dla mężczyzn, którymi opiekują się Księża Misjonarze.

Ten pobyt to przede wszystkim spotkani ludzie. Mimo że tylko trochę znam język rosyjski, a ukraińskiego nigdy się nie uczyłam, to z historii osób przychodzących do sióstr zrozumiałam naprawdę dużo. Najbardziej poruszająca dla mnie była opowieść młodego chłopaka – Saszy. Pamiętam, że przyszedł do gabinetu lekarskiego z jakąś błahostką, zranieniem na kciuku, albo czymś podobnym. Tak sobie myślę, że naprawdę to chciał pogadać. Zapytany przez s. Martę co robi w Odessie, jak znalazł się na ulicy, zaczął swoją opowieść dość oschło, skończył płacząc. Okazało się, że zaraz po szkole wstąpił do wojska. Ożenił się, ma córkę. Dużo jeździł na misje zagraniczne. Pewnego razu wrócił wcześniej niż miał i odkrył, że żona go zdradza. Świat mu się załamał. Bardzo się z nią pokłócił, wyszedł z domu nie zabierając dokumentów. Od dwóch lat nie widział się z córką, mówi że boi się wrócić, bo nie ręczy za siebie. Żyje z dnia na dzień, bez dokumentów nie może dostać pracy, jest nikim dla społeczeństwa. Nie ma pomysłu na życie.

Kolejną osobą, którą zapamiętałam jest starsza pani, która zagadała do mnie, gdy przynosiłam mydło do łaźni. Spytała co ja tutaj robię, skąd się wzięłam i co to za dziwny pomysł, żeby spędzać wakacje pomagając takim ludziom jak ona. Dodatkowo bardzo się zdziwiła słysząc, że studiuję. Na Ukrainie podobno studenci uważają się za lepszych i mało angażują się w wolontariat. Gdy dowiedziała się, że jestem z Polski, bardzo rzeczowo stwierdziła, że Ukraińcy i Polacy raczej się nigdy nie lubili i nadal tak jest. Potem opowiadała o swoim stosunku do walk na wschodzie Ukrainy. A na sam koniec bardzo mnie zszokowała płynną angielszczyzną, na którą przeszła, widząc że nie wszystko po rosyjsku rozumiem. Ta rozmowa otworzyła mi oczy na to, o czym się ciągle mówi, jak łatwo szufladkujemy i osądzamy w głowie spotkanych ludzi. Myślimy: bezdomny – pewnie nieuk i niedojda. A tymczasem każdemu może powinąć się noga. Inną osobą, którą na pewno zapamiętam jest kobieta, z którą co prawda nie rozmawiałam, ale która śpiewała tak pięknie, że wszyscy zostawiliśmy nasze zajęcia i pobiegliśmy posłuchać.

Ale najwspanialsze ze wszystkich spotkanych ludzi są Siostry Szarytki, które swoim zaangażowaniem, cierpliwością i miłością zjednują sobie nie tylko „klientów”, ale i wolontariuszy.

Pojechałam do Odessy z chęcią zmieniania w miarę skromnych możliwości świata, a wróciłam zmieniona na pewno trochę ja.

Maria Witkowska

Wolontariat nie na końcu świata