Skąd ten tytuł? Czy to aby nie przesada? Jak to „daleki”? Przecież to tuż za miedzą. Postaram się to wyjaśnić na początku niniejszego artykułu, zanim opowiem trochę o mojej pracy duszpasterskiej na Ukrainie. Zacznijmy więc małą lekcję poglądową.

Różnice i podobieństwa

Otóż, na pierwszy rzut oka wydaje się, że z tym wielkim krajem łączy nas naprawdę bardzo dużo. No bo spójrzmy: kilkaset lat wspólnej historii, kiedy to ogromna część Ukrainy była po prostu ziemiami Rzeczypospolitej. Dalej: bardzo podobny język, tyle że w przypadku Ukrainy pisany cyrylicą, co dla młodszego pokolenia, które nie miało już obowiązkowych lekcji rosyjskiego w szkole, może stanowić niejaką trudność. Następnie: bardzo podobny charakter – i uroda – ludzi.  Innymi słowy: jesteśmy nawzajem nie do rozpoznania, dopóki się nie odezwiemy. Wreszcie: wspólne poczucie „bycia między” – między bizantyńskim Wschodem i rzymskim Zachodem, między groźną i niebezpieczną Rosją a dającą przynajmniej złudne poczucie bezpieczeństwa Europą, między całym tym niekończącym się euroazjatyckim interiorem a urozmaiconą i różnorodną wspólnotą narodów Starego Kontynentu.

Zatem: z jednej strony blisko. Z drugiej jednak na przykład coś, co Polakowi trudno pojąć: język rosyjski jest dla przeciętnego Ukraińca drugim naturalnym językiem mowy. Dla prawie połowy zaś – pierwszym. Większość kanałów telewizyjnych na Ukrainie – zwłaszcza te filmowe i naukowe – nie ma w ogóle wersji ukraińskiej, tylko rosyjską. W Odessie, trzecim mieście Ukrainy, usłyszeć ukraiński na ulicy to naprawdę nie lada sztuka. Drugą różnicą jest na pewno podejście do państwa. Z góry zarzekam się, że widzę tu pewną poprawę; w stosunku jednak do np. naszego kraju, jest to niebo a ziemia. Otóż, dla Ukraińca Państwo to w gruncie rzeczy wróg. To rzeczywistość, która istnieje prawie zupełnie obok: obok jego spraw, obok jego własności, obok jego świata. To „oni”. Jednego jest w miarę pewien: „oni” zapewnią mu prąd i gaz, na starość emeryturę w wysokości 50 euro (tak!), łóżko w szpitalu na wypadek choroby (ale tylko łóżko, za wszystko inne, z lekami włącznie, trzeba już samemu zapłacić) – i w zasadzie tyle. Wszystko inne jest do bólu sprywatyzowane – w najgorszym rozumieniu tego słowa, w kraju, w którym zarobki są średnio cztery razy niższe niż u nas.

Idźmy dalej. W niemal każdej ukraińskiej miejscowości, nawet najmniejszej, zdziwić musi ilość wież kościelnych. Bywa, że w jakiejś zachodnioukraińskiej wiosce są trzy cerkwie, jeden kościół katolicki i ze dwa zbory ewangelickie. Jest to związane z niezwykle skomplikowaną sytuacją ukraińskiego prawosławia, którą – być może – rozwiąże nadchodzący tomos (czyli nadanie autokefalii ukraińskiej cerkwi), ale, znając podstępne zakusy i politykę Rosji, nie byłbym tego taki pewien. Do tego dochodzi cerkiew grekokatolicka, no i my, katolicy, a na Zakarpaciu na przykład liczni kalwini; wreszcie niezwykle prężne i wspomagane pieniędzmi zza oceanu wspólnoty zielonoświątkowe, które z godną podziwu dynamiką zagospodarowały pustkę religijną po upadku komunizmu. A więc – totalny miks religijny.

Wreszcie (z mojego punktu widzenia sprawa bardzo ważna – jestem bowiem miłośnikiem komunikacji) tragiczny wręcz stan infrastruktury drogowej, kolejowej i tramwajowej. Patrząc na ukraińskie drogi i tabor komunikacji szynowej chciałoby się zakrzyknąć: to gorzej niż trzeci świat! Całe kilometry dróg z dziurami i jamami, tysiące miejscowości, do których dojedzie się z maksymalną prędkością 20 km/h, zardzewiałe wagony z odpadającą blachą – to jest rzeczywistość ukraińskiego transportu. Do tego dochodzą tysiące czterdziestoletnich „ład”, „moskwiczów”, „zaporożców” i „tawrii” – no i może dosyć już tego.  Ciężko pisać, a i czytać pewnie nie łatwo.

Rozpoczęcie roku katechetycznego w Wielkim Bereznym

Czyż więc nie „daleki” to sąsiad, pomimo że tak bliski?

A jednak, ciągnęło mnie tam.  Do dziś nie jestem pewien, dlaczego tak bardzo. Może jednym z powodów jest to, że w połowie jestem z pochodzenia kresowiakiem (rodzina mojej mamy pochodzi z lwowszczyzny). Może dlatego, że język ukraiński urzekł mnie przed laty swą melodią i rytmem. Może lektury (poczynając od „Ogniem i mieczem” w dzieciństwie), zaraziły mnie jakąś niewytłumaczalną do końca miłością do tych ziem i tych ludzi? W każdym razie jestem tu i napiszę teraz, jak to mniej więcej wygląda. „To”, czyli praca na Ukrainie. „To”, czyli ukraińskie parafie. „To”, czyli specyfika wspólnot zakonnych i diecezjalnych na ukraińskiej ziemi.

Praca duszpasterska na Ukrainie zasadniczo różni się od pracy w Polsce. Przede wszystkim: nasze parafie są znacznie mniejsze niż w Polsce i otoczone, a może raczej zanurzone w środowisku z reguły prawosławnym. W większych miastach są bardziej parafiami personalnymi niż terytorialnymi. Sprawia to, że wspólnoty są bardziej ścisłe, ludzie ze sobą zaprzyjaźnieni, a duszpasterz z reguły nie ma problemu, by wszystkich parafian znać po imieniu. I to jest, moim zdaniem, rzecz wręcz fantastyczna. Językiem duszpasterstwa w parafiach prowadzonych przez nasze zgromadzenie nie jest nigdzie język polski, choć w wielu innych np. na samym zachodzie Ukrainy czy na Żytomierszczyźnie, język polski jak najbardziej jest językiem liturgii. W ogóle, dla wielu Ukraińców, niezależnie od regionu, Kościół rzymskokatolicki to po prostu „Kościół polski” i już. Wynika to – rzecz jasna – z historii i polskich losów na tych ziemiach. O ile jednak w parafiach na samym zachodzie bywa, że ludzie rozmawiają ze sobą po polsku, to w ogromnej większości są oni po prostu dalekimi potomkami Polaków, ale po polsku ani nie mówią, ani nie rozumieją. Chociaż… Chociaż każdy z nich potrafi po polsku odmówić modlitwę „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”. Piękne, prawda? Tak jest np. w dwóch naszych pododeskich parafiach, gdzie miałem szczęście pracować: w Dobroslawie i Onyskowie. Obie te wspólnoty składają się z potomków Polaków, których los (bywa, że jeszcze za czasów zaborów) pchnął na te odległe tereny. Są to na ogół grupy ludzi w starszym wieku, choć np. w mijającym roku zdarzyło się, że z racji czerwcowego odpustu w Onyskowie, ordynariusz diecezji odesko-symferopolskiej bp Bronisław Biernacki udzielił Pierwszej Komunii Świętej dwójce tamtejszych dzieci.

Pierwszy na świecie kościół p.w. bł. Marty Wieckiej w Onyskowie koło Odessy

Odesczyzna

W ogóle ziemia odeska to kraj specyficzny. Jako się rzekło, rosyjskojęzyczny, z wątpliwym przywiązaniem do tego, co ukraińskie, bezleśny, za to z najlepszymi glebami świata.  Ciągną się więc te lekko pofałdowane pola kukurydzy, pszenicy czy słoneczników aż po horyzont. Co kilkanaście kilometrów przecinają je głębokie i szerokie jary czarnomorskich limanów. Limany to długie, często na dziesiątki kilometrów, byłe zatoki morskie (coś na kształt fiordów): płytkie i w zależności od tego czy całkiem odcięte od morza czy tylko częściowo, słodko- albo słonowodne. Plaże na odesczynie (tak o tej ziemi mówią Ukraińcy), z wyjątkiem kilku kurortów, są bardzo małe i wąskie. Wybrzeże, choć nie brzydkie, nie umywa się – moim zdaniem – do polskiego wybrzeża Bałtyku. W dodatku jest niezwykle wręcz zaśmiecone. Nikt tu nie dba o to, by na tym, było nie było, turystycznie ważnym kawałku ziemi, było czysto. By były dobre dojazdowe drogi, eleganckie pensjonaty czy inna tego typu infrastruktura. O czym to świadczy? Z pewnością o obecnym w sercach mieszkańców bakcylu czasów sowieckich, ale może jeszcze mocniej o zwyczajnej biedzie.

O ile ziemia odeska jest niezwykle płodna, gdy idzie o zboża, to prawdziwą pustynią powołaniową. W ogóle zdaje się terenem najbardziej chyba na całej Ukrainie zeświecczonym.  Gdyby nie księża i siostry zakonne z Polski czy z północnej Ukrainy, nie byłoby tam żywcem komu prowadzić ludzi do Boga. Wtrącę więc w tym miejscu gorącą prośbę o modlitwę w intencji powołań na ziemi odeskiej.  I z góry dziękuję.

Kościół w Wielkim Bereznym na Zakarpaciu

Zakarpacie

Teraz o Zakarpaciu, na którym jestem od września tego roku. Zakarpacie to zupełnie inna Ukraina. Choć i tam nie brakuje niechlubnych pamiątek z sowieckich czasów: dziurawych dróg, ruin zakładów przemysłowych i wszechobecnej szarości. Kraina ta miała trochę więcej szczęścia, niż pozostała część Ukrainy; była pod zaborem sowieckim tylko 45 lat, podczas gdy pozostała część (wyjąwszy tereny do 1939 roku przynależne Polsce) znajdowała się w ZSRS od roku 1920. I to widać. Widać w ludziach, widać w architekturze, widać w krajobrazie. Zanim napiszę kilka słów o mojej pracy tutaj, pozwólcie, że zobrazuję Wam pokrótce ten zakątek Europy.

Gdyby spojrzeć na mapę Ukrainy, Zakarpacie to ten kącik, który znajduje się najbardziej na zachodzie. Od północy ogranicza je główny grzbiet Karpat, od południa zaś… Od południa nie ogranicza jej nic (z wyjątkiem rzecz jasna, granicy państwowej – i to jakiej:  szengeńskiego kordonu Unii Europejskiej). Po prostu na Zakarpaciu zaczyna się Wielka Nizina Węgierska, która, jak sama nazwa wskazuje, ciągnie się hen, przez całe Węgry aż do wschodnich krańców Austrii. Zakarpacie NIGDY w swojej historii, aż do roku 1945, nie miało nic wspólnego ani z imperium rosyjskim, ani z Ukrainą. Najpierw należało do Królestwa Węgier, potem do Imperium Habsburgów. Zamieszkiwali je od wieków Rusini, Węgrzy, Niemcy i Rumuni. Można by zatem rzec, że żaden element z burzliwej historii Ukrainy nie jest do końca uważany za swój przez rodowitych mieszkańców Zakarpacia. Stąd silne w tym rejonie tendencje separatystyczne, silne przywiązanie do swojej mniejszościowej tradycji, no i – rzecz jasna – wielka mieszanka wyznaniowa. Jeszcze większa chyba, niż w pozostałych regionach Ukrainy.

Ekumenizm w praktyce – odpust w cerkwi prawosławnej w Onyskowie

Parafie, w których duszpasterzuje nasze Zgromadzenie, to wspólnoty zakarpackiej mniejszości słowackiej. Stąd liturgię odprawia się z reguły po słowacku. Na szczęście jest to język (podobnie zresztą jak ukraiński) bardzo zbliżony do polskiego, dlatego nam, Polakom, dość łatwo nauczyć się przynajmniej czytać po słowacku. Styl prowadzenia parafii ma swoje źródło w tradycji niemiecko-autriacko-węgierskiej, a więc: duże kompetencje, zwłaszcza ekonomiczne i organizacyjne, posiada Rada Parafialna, ksiądz w zasadzie zajmuje się wyłącznie materią duchową. Muszę w tym miejscu wyznać, że mnie osobiście taki styl szalenie się podoba i z żalem konstatuję, że – pomimo podejmowanych ostatnimi czasy wysiłków – w Polsce z wprowadzaniem takiej formy działalności parafii idzie jak po grudzie…

Moje parafie

Ale nie napisałem do tej pory, jak nazywają się moje parafie – bo mam je dwie.  Otóż są to: Wielkie Berezne i Zabrodź. To najbardziej na północ wysunięte wspólnoty rzymsko-katolickie diecezji mukaczewskiej obejmującej całe Zakarpacie. Innymi słowy, od północy najbliższymi parafiami katolickimi są Ustrzyki Górne i Cisna w Polsce, od zachodu zaś – Snina na Słowacji. Gdy zaś wdrapię się na którąś z licznych okolicznych gór, jak na dłoni widzę polskie Bieszczady. Bo moje parafie leżą w Ukraińskich Bieszczadach Wschodnich, co dla mnie, jako dla łazika górskiego ma (nie przeczę) całkiem duże znaczenie.  Parafie są bardzo różne. W Zabrodziu katolików zostało ledwie kilkunastu. Większość starszych odeszła do Pana, młodzi zaś – jak zresztą olbrzymia ilość Ukraińców – wyjechała za chlebem na Zachód. Za to Wielkie Berezne to wspólnota całkiem liczna: obejmuje ok. 400 osób. Nie brakuje dzieci i ludzi młodych (i oni jednak, niestety, mogą w całkiem bliskiej perspektywie wyjechać ze swymi rodzicami za granicę, o ile sytuacja na Ukrainie nie polepszy się w jakiś znaczący sposób…). W parafii działa chór i schola dziewczęca, jest koło „Caritas” i dwa rodzinne domy dziecka, prowadzone pod auspicjami diecezji. Katechizacją prowadzoną przez siostry objęte są nie tylko dzieci katolickie, ale i podopieczni szkoły-internatu dla dzieci z biednych rodzin, niezależnie od ich wyznania. Każdego roku grupa dzieci wyjeżdża na Wakacje z Bogiem, w grudniu zaś parafianie własnym sumptem przygotowują paczki mikołajowe dla kilkuset dzieci. Doprawdy, serce się raduje, gdy widzi człowiek ludzi tak oddanych wspólnocie parafialnej, tak otwartych i zaangażowanych w życie Kościoła.

Wspólnoty zakonne

Obiecałem napisać coś o specyfice wspólnot zakonnych na Ukrainie. Otóż, charakteryzują się one niewiarygodną wręcz różnorodnością narodową. Weźmy na przykład naszą misjonarską wiceprowincję świętych Cyryla i Metodego. Spośród ok. 30 konfratrów jest w niej kilkunastu Ukraińców, kilku Polaków, Słoweniec, Słowak, Wietnamczyk, Hindus i Etiopczyk. Spośród dziewięciu sióstr z różnych zgromadzeń, które współpracują z misjonarzami na Zakarpaciu, trzy są z Ukrainy, cztery ze Słowacji, jedna to Słowenka, a jedna Chorwatka.  Podobnie zresztą wygląda sytuacja w całej diecezji mukaczewskiej – i to nie tylko w przypadku zakonów. Diecezja, choć terytorialnie wcale niemała, w porównaniu z polskimi diecezjami jest doprawdy liczbowo skromna. Liczy ok. 40 kapłanów, wśród których jednak tylko niewielki procent to Ukraińcy. Większość stanowią Węgrzy, jest kilku Słowaków, kilku Polaków i… dwóch Niemców, obsługujących parafie mniejszości niemieckiej. Po co te wyliczenia? Otóż, wydaje mi się, że taka wielonarodowa rzeczywistość jednego przecież i powszechnego, tego samego Kościoła, pozwala lepiej uchwycić i docenić uniwersalizm katolicyzmu i myśleć oraz działać bez ciasnych schematów narodowych, jak by one nie były piękne i szlachetne.

Misyjność

To tyle o Ukrainie, Zakarpaciu i mojej pracy na tej pięknej ziemi. Czy to teren misyjny? Zależy jak na to spojrzeć. Z jednej strony, nie czuję się specjalnie misjonarzem w okolicznościach (zwłaszcza przyrodniczo) tak podobnych do naszych, polskich. Z drugiej jednak, patrząc na wielkie przestrzenie obojętności religijnej – tego spadku po komunizmie, na wielkie braki w religijnej edukacji ludzi wierzących (tu akurat w Polsce nie jest chyba dużo lepiej…) i na wielkie wciąż braki w szeregach głosicieli Chrystusowej Ewangelii, z pewnością misyjnym nazwać go można. Dlatego cieszę się, że Szanowna Redakcja „Wiadomości Misyjnych” tę sprawę dobrze „poczuła” i zaproponowała mi niniejszy artykuł. A na Ukrainę serdecznie zapraszam.

Ks. Tomasz Ważny CM

Ukraina – daleki sąsiad