Przed Twoimi oczami, Drogi Czytelniku, dalszy ciąg rozmowy z s. Sabiną Konopką SM – szarytką, w której płonie Boży ogień. Odczułem to bardzo mocno, gdy z nią rozmawiałem. Mam głęboką nadzieję, że choć część pasji, z jaką mówi ona o misjach, zostanie przekazana przez ten tekst.

W pierwszej części wywiadu Siostra wspominała o Hanie – studentce ze Stanów Zjednoczonych, która zostawiła wszystko i przez dwa lata pracowała jako wolontariuszka na Magadanie. Zapraszam do dalszej lektury.

kl. Michał Adamczyk CM: Ktoś zajął jej miejsce?

s. Sabina Konopka SM: Teraz są dwie dziewczyny, też z Ameryki: jedna pochodzi z New Jersey, a druga z Bostonu.

Rozumiem, że wysyłacie zaproszenie do Stanów Zjednoczonych i zgłaszają się chętni.

Nie. To jest tak, że na Magadanie pracuje ojciec Michael (czyt. Majkel), który pochodzi z Ameryki. On jeździ po całym świecie. Między innymi zbiera wtedy datki, żeby utrzymać naszą parafię. Raz głosił rekolekcje w katolickim college’u i jego konferencje rozpaliły dwie dziewczyny. Chciały przyjechać na wolontariat do Rosji. Nie za bardzo wiedziały jak to zorganizować, ale ufały, że Pan Bóg się tym zajmie.  Pojechały do Rzymu na spotkanie z Ojcem Świętym i tam w tłumie na Placu św. Piotra zobaczyły ojca Michaela, opowiedziały o swoich pragnieniach i tak rozpoczęła się ich przygoda posługi wolontariatu w Rosji. Najpierw były na wakacjach a później Hana przyjechała na dwa lata.  W tym roku (2018 r.) na wakacjach role się odwróciły. Dwie dziewczyny z Magadanu poleciały do USA jako wolontariuszki. Ojciec głosił rekolekcje, a one zajmowały się dziećmi i dawały świadectwo tego, jak wygląda życie na Magadanie. 

Nie zapytałem jeszcze skąd właściwie na Magadanie wzięły się szarytki z Polski.
Misję w tym miejscu rozpoczynały całkiem inne siostry – z Ameryki. Potem, gdy zrodziły się pewne problemy, musiały opuścić tę misję i tak się złożyło, że zastąpiły je szarytki z Polski, m.in. siostra Małgorzata Słomka, która ma chyba największe doświadczenie. Nam było łatwiej, bo jesteśmy o wiele bliżsi kulturowo.

Jak wtedy wyglądała posługa na Magadanie?

Pamiętam, że sporo pracy poświęcane było prowadzeniu mocnej katechezy. Dużo było osób starszych, chorych i przede wszystkim tych, którzy przeszli przez tamtejsze łagry. Ojciec organizował dla nich spotkania. Przychodziło około 250 osób po takich przejściach. Teraz jest ich około 30. Z tego grona poznałam bliżej tylko dwie kobiety. Obie już nie żyją. Pamiętam, że w ostatnich miesiącach życia bardzo mocno wracały do nich te wspomnienia. Olga – jedna z nich – bardzo mocno to przeżywała. Dnia 9 maja jest Dzień Zwycięstwa, a dla niej był to początek tragedii. Dokładnie wtedy ją aresztowano i wywieziono z domu (miała około 18 lat) tylko za to, że wskazała komuś drogę do miasta. Zaraz przyjechały dwa czołgi, zabrano ją, mamę, tatę, brata i babcię. Dwoje ostatnich nigdy nie wróciło. Olga spędziła całe życie w Magadanie, tam wyszła za mąż, miała syna, który też zmarł 10 lat temu. Został wnuk, który zamiast wsparcia przysporzył jej jeszcze zmartwień. Właściwie przez niego Olga stała się biedną… bardzo biedną osobą. Musiała spłacać jego długi – ciągle grożono, że wnuk wyląduje w więzieniu. Babcia chciała go uchronić, bo sama doświadczyła co to jest więzienie.

Katecheza dla najmłodszych

Pewnie takich tragedii było więcej. Czy Siostra zaczynała od prowadzenia katechez dla nich?

Zaczynałam od studiów, nauki języka, kultury. Pierwsze kontakty z profesorami były ciekawe. Dużo wypytywali: co my robimy, dlaczego tak się ubieramy, wiele razy opowiadałam o Cudownym Medaliku, o naszym charyzmacie. Zadawali bardzo konkretne pytania. Oczywiście wszystko w języku rosyjskim – żeby ćwiczyć. Ja też o wszystkim musiałam opowiadać po rosyjsku: o swoim powołaniu, o rodzinie, kto to to był Wincenty, na czym polega nasz charyzmat…

Po roku, kiedy już opanowałam w miarę język, przejęłam katechezę. Do naszego mieszkania w bloku na czwartym piętrze przychodziły dwie dziewczyny prawosławne. Odbierałam je ze szkoły, szłyśmy do sklepu, tradycyjnie kupowałyśmy mortadelę, kawałek sera żółtego, bułki i one robiły sobie z tego zapiekanki. Dopiero, kiedy się najadły (były bardzo głodne) omawiałyśmy jakiś temat. Pozostałe dzieci katechizowałam w domach. Najmłodsze miało 5 lat, najstarsza dziewczyna – 19.

Kolejną posługą podjętą przez siostry były dni skupienia dla kobiet, które dokonały aborcji. Na Magadanie naprawdę było ich niemało. Zanim zaangażowałyśmy się w pomoc tym kobietom, same musiałyśmy przejść przez cały cykl spotkań, żeby wiedzieć jak to wygląda. Kobiety opowiadają to, co przeżyły. Każda z nich pamięta pierwszą aborcję. Zawsze! Kiedy słuchałam ich historii, sama zastanawiałam się co bym zrobiła na ich miejscu. To są kobiety, które bardzo często były pozbawione jakiegokolwiek wsparcia. Wręcz przeciwnie – najbliżsi namawiali je do „zabiegu”. Pozbawione jakiegokolwiek dobrego słowa – ulegały, a potem coś się w nich zmieniało. Ogarniała je znieczulica. Kolejne szły już łatwiej…

Jest taki moment w rekolekcjach, że kobiety kładą na wodę świeczkę (taki prosty podgrzewacz) i nadają imię dziecku. Widziałam jak taka kobieta się kurczy. To jest dramat. Przeżywasz to jeszcze raz. To jest bardzo bolesne, ale też wyzwalające.

Siostra przyleciała do Polski, a kto posługuje na Magadanie?

Została tam jedna siostra, a pomagają jej dwie wolontariuszki. Pierwsza z nich – Swieta – przyszła do nas jakieś 6 lat temu, przygotowała się do Komunii św. w Kościele katolickim. Teraz pomaga, jak może.

Była nieochrzczona?

Była ochrzczona w Kościele Prawosławnym. Oni mają chrzest, bierzmowanie i Eucharystię razem. To były czasy, kiedy udzielanie sakramentów było zakazane. Gdy Swieta miała około 12 lat, pozbierali ich w nocy i ochrzcili w jakiejś beczce z wodą, więc świadomość katechezy, prawd wiary była u nich znikoma. Dopiero kiedy miała dwadzieścia kilka lat, zaczęła się interesować, pytać. Wtedy przychodziła do nas na katechezę i dopiero wtedy pierwszy raz świadomie przyjęła Komunię Świętą. Swieta jest dla mnie wzorem bezinteresownej miłości. Wiele lat spędziła w domu dziecka (mimo, że miała rodziców), kilka lat żyła jako bezdomna. Obecnie pomaga ojcu, który w zasadzie nic dla niej nie zrobił, a teraz sam potrzebuje opieki. Poza tym Swieta bardzo czynnie angażuje się w życie parafii. Nie tak dawno przygotowała przedstawienie o św. Katarzynie Labouré i Cudownym Medaliku, które zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem.

A ta druga dziewczyna?

Kristina. Ona ma teraz 17 lat. Dwa lata temu wróciła do Kościoła. Pomagała mi przy osobach starszych, których odwiedzałyśmy po domach. Bardzo się związała z babcią Olgą. Były jak prawdziwa babcia z wnuczką. Kiedy Kristina wyjechała do Stanów Zjednoczonych z ojcem Michaelem, kupiła sobie specjalnie abonament i dzwoniła w niedzielę na Whatsapp’a – dawałam Olgę do telefonu, a sama sprzątałam, gotowałam – one rozmawiały. Mogły to robić godzinami.

Nie tylko wolontariuszki pomagają. Podczas roku miłosierdzia, w każdą trzecią niedzielę miesiąca ojciec wystawiał w kościele kosz. Ludzie przynosili artykuły spożywcze. Potem z kilkoma parafianami rozwozili to jako dar od wspólnoty dla biednych rodzin. Jedną z nich była rodzina Nadii. Jej siostra w wieku 15 lat była w ciąży. Niesamowite było to, że wszyscy wkoło kazali jej usunąć to dziecko, a ona powiedziała: nie! Urodziła i tego Rostama ochrzciła w Kościele Katolickim. Cała rodzina, łącznie z matką, jest prawosławna a ten chłopiec, który teraz ma trzy lata jest katolikiem.

Kiedy tak słucham, mam wrażenie, że tam panuje jeden wielki chaos…

Właściwie tak. Trzeba to dobrze zrozumieć. Tam prawosławny, katolik – to wszystko jedno. Prości ludzie żyją normalnie. Jeżeli pojawia się zawiść, to raczej „u góry”. My jesteśmy traktowani jako sekta, ale zawsze z szacunkiem. Kiedyś byłam z Olgą u lekarza i usłyszałam: „A! To wy jesteście z tej sekty katolickiej z 95. kwartału [dzielnicy – przyp. red.]”.

Sporo już wiemy o pracy sióstr, a nie zapytałem o sam Magadan. Proszę nam przybliżyć realia tego miasta.

To jest część azjatycka Rosji. Magadan, to portowe miasto, leżące nad dwoma zatokami, gdzie dopływały statki i stamtąd ludzie byli rozsyłani do poszczególnych łagrów. Były tam kopalnie uranu, złota. Ta druga istnieje do dzisiaj. Kiedy o. Michael zapraszał szarytki, zwrócił się do prowincji w Stanach Zjednoczonych. Dopiero one zwróciły się z prośbą, żeby jakaś prowincja słowiańska objęła tę misję.

Kawał drogi… W zasadzie z Magadanu bliżej jest do Ameryki niż do nas…

Oj… my to mamy z tymi odległościami… Jak ktoś leci do Afryki to się nie dziwisz, a czym się różni wyprawa na Magadan? Jak jadę do domu, do mamy na urlop to dla mnie nie ma różnicy czy z Moszczan, z Krakowa, czy z Rosji?

Chyba jednak podróż z Rosji trwa trochę dłużej?

Lecę najpierw 7,5 godziny do Moskwy, później 2,5 godziny do Warszawy i 45 minut do Krakowa. Nigdy nie przerażała mnie taka odległość. Można jedynie odczuć zmianę strefy czasowej. Tam żyje się o 10 godzin „wcześniej” niż w Polsce. Przez kilka dni trzeba się przyzwyczajać. Miesza ci się dzień z nocą. Potem już jest normalnie.

Jakie było pierwsze wrażenie po podjęciu decyzji?

Mogłam powiedzieć NIE. Normalnie dostaję informację: idziesz tutaj. Tym razem siostra wizytatorka mnie zapytała, czy się zgadzam. Szczerze odpowiedziałam, że mogę mieć problemy ze stawami. Zresztą… przede mną pojechała już jedna siostra i bardzo szybko wróciła z tego powodu. Nie chciałam naciągać prowincji na niepotrzebny koszt. Nie było też jakichś motyli w brzuchu – „Och, ach, jadę na misje!” Szczerze mówiąc wcale tak o tym nie myślałam. To było kolejne miejsce, gdzie Bóg mnie chce. Zrobiłam potrzebne badania. Lekarz dał zielone światło, więc poleciałam.

Nie żałuje Siostra?

Nigdy w życiu! Nie umiem opisać słowami tego, co ze mną się stało przez te 2,5 roku. Na pewno Magadan dużo dla mnie zrobił, dużo we mnie zmienił, ale co? jak? Pamiętam, że kiedy pierwszy raz stanęłam przed nimi, umiałam po rosyjsku tylko „dzień dobry”. Ojciec Michael mnie wypchnął z poleceniem: „powie im siostra parę słów”. Popatrzyłam więc na nich i od razu przypomniał mi się ten tekst brewiarzowy: „Jezu, otoczony rzeszą kalek, ślepców, trędowatych…”.  Pomyślałam: „Jezu! W końcu jestem w domu!”. To byli ludzie po niesamowitych przejściach.

Były trudne chwile?

Były. Były i piękne. Raz ojca Michaela nie było przez rok, więc „okoliczni” księża go wymieniali – co miesiąc jakiś do nas przylatywał. W Magadanie jest jedna parafia katolicka. Kolejna jest oddalona o dwa tysiące kilometrów. Najpierw był karmelita z Usola syberyjskiego (Polak), później był salezjanin ze Słowacji – o. Józef, następnie jego współbrat – o. Piotr. O. Józef był w czasie Wielkanocy. Świętowaliśmy w domu u Olgi – wspominałam już o niej. Było 15 osób i śpiewaliśmy w pięciu językach: angielskim, słowackim, ukraińskim, rosyjskim i zakończyliśmy na polskim. To było niesamowite. Przyszli o 17.00, wyszli o 22.00. Oldze i tak było mało. Próbowała reagować: „Rób herbatę, żeby jeszcze nie szli!” – babcia 90 lat. O. Piotr zrobił remont toalety u Olgi. Kładł panele na ściany i kasetony na suficie. Okazało się, że jest też elektrykiem, więc powymieniał przewody i lampy. Przez tydzień brał Pana Jezusa w bursie, odzież roboczą. Jechaliśmy do Olgi. Najpierw było nabożeństwo z udzieleniem Komunii św., później Olga szła do pokoiku modlić się, ojciec przebierał się i zajmował się remontem, a ja lądowałam w kuchni i gotowałam obiad dla naszej trójki.

We wrześniu Olga miała urodziny, a ona bardzo nie lubiła ich obchodzić. Wzięłam ją podstępem: „Olga! To obejdziemy urodziny wszystkich naraz”. Olga miała 90, ja 40, Swieta 30 a Kristina tak nierówno – 17. Tak we cztery obeszłyśmy 177 urodziny. Olga po czterech latach wyszła z domu. Pojechaliśmy nad morze. Ten dzień był pełen radości. Tak niewiele potrzeby, aby sprawić drugiemu przyjemność. Wystarczą drobiazgi.

A co z czasem na własne rekolekcje?

Duchem Magadanu jest pustynia. Ojciec Michael jest księdzem diecezjalnym, ale żyje trochę jak Karol de Foucauld – Eucharystia i pustynia. Ma taki stary wagon na brzegu morza i tam jest przygotowane miejsce do spania, jadalnia, miejsce na drewno i wmontowany jest piec. Tam można sobie wyjechać na rekolekcje miesięczne w ciszy – sam na sam z Bogiem. Niesamowite doświadczenie.

Minęły prawie trzy lata. Co teraz?

Zobaczymy co Bóg przygotował. Trochę wymarzłam, więc przydałoby się coś cieplejszego.

Paragwaj?

Na przykład. Może Boliwia. Wiem też, że w Sudanie jest potrzeba. Jeszcze kiedy byłam w Zatorze, moja przełożona śmiejąc się mówiła: „Sabina, ty skończ z tymi pomysłami, bo codziennie jesteś gdzie indziej!” Odpowiadałam jej wtedy: „Siostro, trzeba marzyć!”. Dzisiaj to podtrzymuję. Trzeba mieć pragnienia, być przekonanym i marzyć!

Do czego mam być przekonany?

Do swoich marzeń. Do tego, że Pan Bóg zawsze coś z tego zrealizuje. W pewnym sensie to On daje tobie takie pragnienia. Jeżeli to, o czym marzysz, jest dla ciebie dobre, On to przeprowadzi. To nie jest tak, że teraz sobie zaplanuję: uczę się chińskiego i jadę na misję do Chin. Czekam na Jego decyzję, ale jest we mnie taki Boży niepokój. Po doświadczeniu Magadanu nie mogę zostać w Polsce. Takie jest moje przekonanie. Może być tak, że zostanę w kraju, ale moje marzenia są inne i jestem przekonana, że Pan Bóg nie daje mi ich bez potrzeby.

Ja też mam pewne marzenia. Chciałbym na przykład wyjechać w miejsce, gdzie nie ma żadnych struktur Zgromadzenia, zamieszkać pośród ludzi i głosić Ewangelię po prostu żyjąc pośród nich.

I super! To piękne marzenie.

Może i tak. Ale nie mam przekonania, że kiedyś się zrealizuje.

Dlaczego?

Bo ciągle słyszę, że mamy deficyt personalny, że trzeba zająć się tym, co już mamy, a nie zaczynać nowych akcji.

Mam wrażenie, że my bardzo chcemy, ale brakuje nam wyobraźni Wincentego. Takiego gestu, rozmachu. My się tak panicznie boimy, że stracimy jakąś placówkę w Polsce, poczucie komfortu, bezpieczeństwa. Po prostu siejmy! Siejmy obficie! Był taki czas, kiedy wiedziałam już, że nie ma szans na Ukrainę, a o Magadanie nie było jeszcze mowy. Wtedy postanowiłam: skoro nie mogę jechać i tam służyć, będę pomagała pośrednio. Chciałam się nauczyć angielskiego, francuskiego i pisać projekty pomocowe dla Ukrainy. Taki był plan. Już nawet napisałam prośbę do przełożonych, zaczęłam się uczyć języka, byłam na to nastawiona i wtedy przychodzi do mnie przełożona i mówi: „Przyda ci się ten angielski… Siostra Wizytatorka czeka na ciebie”. Wtedy się dowiedziałam, że lecę na Magadan. To jest właśnie sedno: marzyć, pragnąć i być otwartym na to, co Pan Bóg ci da. Nie mówię ci, że od razu polecisz na drugi koniec świata, ale może w tutaj – w Polsce – Bóg ma dla ciebie bardzo wyjątkową misję. Przecież On odnawia świat przez ludzi, którzy są Mu posłuszni.

Siostra ma teraz takie świeże spojrzenie. Jak Siostra myśli, co zrobiłby Wincenty, gdyby dzisiaj przyszedł do Polski?

A co zrobił z Madagaskarem? On się nie bał wysyłać kolejnych, mimo że wielu już zginęło, a niektórzy nawet nie dotarli. Nie wiem co by zrobił, co zmienił. Myślę, że jemu bardziej chodziło o to, żebyśmy chodzili w żywej obecności Boga. Właśnie to doświadczenie pchnęło go do działania. To nie jest tak, że on sobie sam to wszystko wymyślił. On najpierw doświadczył Boga w sobie, przez ludzi. Zobaczył biedę. To go ruszyło. Pan Bóg dotarł do niego przez biednych. Wierzę, że z takiego doświadczenia Boga zrodzi się świeżość charyzmatu, polepszą się relacje we wspólnotach i potem można iść i działać. Uwierz, że twoje życie dla Boga jest naprawdę ciekawe. On chce twojego życia, chce twojego kapłaństwa.

Dziękuję Siostrze za rozmowę. Bardzo mnie umocniła.

Dziękuję. Nie bój się marzyć i być człowiekiem na 100%. Powiedzą ci, że jesteś wariat, ale to i tak lepsze, niż być nieczułym kołkiem żyjącym rutyną.

Z s. Sabiną Konopką SM rozmawiał kl. Michał Adamczyk CM.

s. Sabina Konopka SM
Z ogromną radością realizuje charyzmat Zgromadzenia, w którym posługuje od dwudziestu lat. Właśnie wróciła z misji w Rosji i czeka na kolejne Boże pomysły.

Trzeba mieć pragnienia! cz.2